Blaise odchylił głowę w tył i przetarł oczy. Był wykończony. Chciał tylko do łóżka. Ale Malfoy potrafił pokazywać takie nieziemskie fochy…Kiedy Zabini powiedział mu, że takiej ilości informacji nie zapamięta i nie opowie mu w żaden sposób, ten nie odzywał się do niego pełne dwadzieścia godzin, siadał na drugim końcu stołu i najgłośniej jak mógł „zwierzał się” Pansy, że na nikogo już nie może liczyć. Każdy by ustąpił. Dla świętego spokoju.
- Cholerna Granger – mruknął chłopak pod nosem – A żeby ją szlam pochłonął.
Zerknął na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Miał naprawdę dosyć.
- Przeszkadza ci coś, Zabini? – spytał Draco takim tonem, jakby się pytał, czy nie zamknąć okna. Blaise łypnął na niego ponuro i przewrócił kartkę.
- Pamiętasz oczywiście, co mi za to obiecałeś?
Malfoy też wyciągnął się w fotelu i spoglądał na niego, obracając w palcach pióro.
- Pamiętam…Ale ty za to wyjaśnisz mi, czemu ci tak na tym zależy.
- Co dostanę za to, że ci wyjaśnię?
Blondyn roześmiał się niezbyt szczerze i raczej złośliwie, ale za to głośno.
- Pomyślmy. Może Pansy będzie odrabiać twoje zadania do końca semestru?
- Żartujesz, prawda? Ma okropne pismo i robi błędy ortograficzne.
- Będę ci stawiał piwo następnym razem z Hogsmeade?
- Za mało.
- Och – westchnął – Co ja bym mógł jeszcze wymyślić? Coś takiego, co mogłoby spełnić twoje oczekiwania…
Blaise podniósł powoli głowę. Dracon wydawał się być w dobrym humorze, więc może udałoby mu się porozmawiać z nim o tym, co zastanawiało go od początku roku szkolnego.
- Nie idziesz spać? – zapytał lekko.
Jego kolega znów się roześmiał. W ogóle dużo się śmiał tego wieczoru.
- Jeśli chcesz możemy wyjść.
- Więc wyjdźmy. Do twojego dormitorium?
Wstali i wspięli się po schodkach do pokoju Draco. Na jednym z łóżek siedzieli Crabbe i Goyle, szepcząc coś do siebie. Malfoy obrzucił ich uważnym spojrzeniem. Takie zachowanie było dla nich zdecydowanie nietypowe. Odchrząknął i wskazał ręką na drzwi. Obaj jednocześnie podnieśli się i wyszli. Ledwo to zrobili, natychmiast zmienił wyraz twarzy z władczego na uprzejmy, a jego zwężone oczy rozszerzyły się z powrotem.
- Chciałeś zadać mi jedno pytanie, czy liczysz na dłuższą rozmowę?
- Zdecydowanie dłuższą.
- W takim razie najwygodniej nam będzie na łóżku. Może coś do picia? Kremowe? Ognista? Sok z dyni?
- Niech będzie kremowe.
Zabini obserwował jak przyjaciel wyciąga spod łóżka pudło i wydobywa z niego dwa piwa. Oczywiście nie chciało mu się za każdym razem wysyłać swoich goryli do kuchni, więc miał w tej skrytce spory zapas różnych przysmaków i napojów. Większość i tak pochodziła nie od skrzatów, lecz z paczek, które dostawał z domu każdego tygodnia. Otworzył wprawnym ruchem obie butelki i podał jedną Blaisowi. Był prawdziwym arystokratą, to można o nim było śmiało powiedzieć, niezależnie od tego, jakie by miał wady. Usiadł na łóżku obok kolegi. Przez chwilę obaj sączyli wolno swoje piwa. Draco wydawał się być nieobecny myślami, a Blaise zastanawiał się, od czego zacząć. Blondyn spojrzał na niego w końcu.
- Chciałeś zapytać, dlaczego nie dostaje listów od matki, tak? – powiedział lekko i zamieszał resztką płynu w butelce.
- No cóż…
Chłopak roześmiał się – znów nieszczerze.
- Ona chce odpocząć – rzucił wymijająco. Zabini ostrożnie położył rękę na jego ramieniu. Malfoy znieruchomiał.
- Draco, na pewno wszystko ok.?
- Tak, tak. – Starał się na niego nie patrzeć. – Chociaż czasami trudno być pewnym…Ale o czym my mówimy! Jeszcze jedno kremowe?
.........................................................................................................
Ginny odsunęła z twarzy rude włosy i oparła się o ścianę.
- Harry…
- Tak?
- Długo jeszcze?
- Nie wiem…
Cicho. Gdzieś na piętrze wyżej jakaś czarownica piskliwym głosem rugała swoich podwładnych. Poza tym cicho.
- Jak w grobowcu – wyrwało się dziewczynie.
- Co?
- Cicho jak w grobowcu – powtórzyła zmieszana.
- Ach…rzeczywiście.
I znowu cisza. Znowu pełna zakłopotania wymiana spojrzeń. I te słowa.
- Boję się… - „…że mnie tu nie chcesz. Że ci przeszkadzam.”
- Nie bój się, Gin. – „Wszystko będzie dobrze”
Zaśmiała się.
- Wszystko będzie dobrze, co? To chciałeś powiedzieć? Och, Harry. – „Ty mój bohaterze, ty słodki, naiwny…”
- Och, Ginny… - „Cóż za ironia. Czemu? Czemu?!”
- Słucham?! – „Ta nuta romantyzmu…”
- Och, mmm…chyba koniec rozprawy. – „Chyba nie, ale przestań na mnie patrzeć.”
- Nie. Nie koniec. – „Nie kłam. Czemu nie chcesz, żebym na ciebie patrzyła?”
Milczenie. „Zdejmij ze mnie to spojrzenie, dziewczyno. Zdejmij zaraz.” Minuta…Dwie…”Skoro nie chcesz.” Pięć minut…Kwadrans…
.........................................................................................................
Hermiona gwałtownie podniosła głowę. Na jej białych policzkach widać było jeszcze ślady łez ulgi. Draco mimowolnie pomyślał, że chyba od dawna kiepsko śpi, takie miała podkrążone oczy. Pewnie przez niego i tę całą sprawę. Nie żeby mu to przeszkadzało. W końcu był Malfoyem, uwielbiał być wredny. Kochał ranić. Tylko czasem tak dziwnie mu się robiło, kiedy ktoś próbował zranić jego.
- Ja ci tylko dziękuję – powiedziała ostro – To normalne. Myślałam, że raczej będziesz robił wszystko, by mnie wyrzucili – dodała, jakby się usprawiedliwiając. Nie odpowiedział.
- Ale zachowałeś się w porządku – mruknęła więc – I za to…tego…dzięki.
Chłopak rozsiadł się wygodnie na ławce. Patrzył na nią uważnie. Myślał, jak poważnie i smutno wygląda w tym szarym kostiumie i czarnych butach. I jakie ma smutne oczy, chociaż wszystko skończyło się (dla niej) dobrze. Ona też patrzyła. I zastanawiała się, czy specjalnie przybiera taką postawę, czy po prostu się zamyślił. A ten jasny kosmyk sterczący nad uchem to efekt roztargnienia lub zaniedbania, czy celowe ułożenie fryzury? Wszystkie włosy idealnie przylizane, tylko nad uchem skacze taki jeden mały loczek.
- Nie wiedziałam, Malfoy, że prostujesz włosy. – Nie mogła odmówić sobie tej małej ironicznej uwagi.
Zbiła go z tropu czy tylko udawał zakłopotanego? Chwycił w palce ten nieszczęsny pukiel i bawił się nim, nie spuszczając z niej wzroku. Jego policzki powoli pokrywały się delikatnym różem. Znowu aktorskie zagranie?
- Każdy ma swoje sekrety – bąknął – Mniej lub bardziej pociągające. Twoje są pewnie raczej mniej – stwierdził drwiąco.
Być może w innym wypadku obrzuciłaby go pogardliwym spojrzeniem i odeszła, ale dziś rozpierająca ją radość była tak wielka, że zapomniała nawet o tym, jak bardzo go nie cierpi.
- Owszem, ale kilka jest ciekawszych – wzruszyła ramionami – Czytuję mugolskie romanse.
- To rzeczywiście mroczna tajemnica – przyznał z powagą – A teraz pozwoli panienka, że się oddalę, gdyż zbliżają się przyjaciele panienki i nie jestem pewien, czy będą do mnie przyjaźnie nastawieni.
Rzeczywiście, właśnie biegła do niej Ginny.
- Och, Hermiono…uniewinnili cię…tak? – wydyszała.
- Tak! – zawołała ze śmiechem – Wszystko w porządku! Wracamy do szkoły!
.........................................................................................................
Tak sobie po prostu poszła i nawet się nie pożegnała! Po tym, jak okazał się taki wspaniałomyślny! O nie, tak się nie robi! Niewychowana, pusta, szlamowata, bez krzty szacunku dla takich jak on…! O nie! Draco ze złością kopnął kamyk, który wleciał prosto do studzienki kanalizacyjnej. Nie pomogło. Nadal był wściekły, zmęczony i upokorzony całą tą rozprawą. I całą tą, tą…tą Granger. Obrzydliwa, roztargana, smutna, wkurzająca…szlama. O. I już. Napięcie powoli z niego opadało. Szlama. Czego tu oczekiwać?
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Że mi się notka nie podoba, to norma. Stwierdziłam jednak, że ostatnią dodałam czterdzieści dni temu i pasuje coś tam napisać:). Mam nadzieję, że nie jest bardzo nudna.
......................................................................................................... Przez półotwarte okno wpadały do klasy promienie jesiennego słońca. Jak na wrzesień było bardzo ciepło i nic dziwnego, że większość uczniów chciała już być jak najdalej od klasy transmutacji. Hermiona również niezbyt mogła się skupić tego dnia. Wczorajszego wieczoru do szkoły nadeszło pismo z Ministerstwa Magii, w którym sam Rufus Scrimgeour podał datę rozprawy sądowej nakazując równocześnie, aby dyrektor uważnie obserwował uczennicę. Dziewczyna westchnęła cicho i oparła brodę na dłoni. Jeśli się jej nie uda obronić…Nie, takiej opcji nie ma! Musi się udać, musi pozostać w szkole. „To ten kretyn powinien dostać wyrok. A już na pewno jego ojciec” – pomyślała. Znajomości…Można nimi było załatwić wszystko albo prawie wszystko i świetnie o tym wiedziała.
- Panno Granger – surowy głos profesor McGonagall rozbrzmiewał echem w jej głowie – Bardzo proszę o uwagę. To zaklęcie z pewnością pojawi się na Owutemach.
Poderwała się gwałtownie. Tylko czy będzie miała szansę chociaż do nich przystąpić?
- Tak więc – podjęła nauczycielka – Wszyscy weźcie sobie z tego pudła jeża…ostrożnie panie Longbottom…a teraz proszę wyciągnijcie ró…
Urwała. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.
Przez niewielką szparę wsunęła się głowa Snapa.
- Przepraszam, mógłbym zabrać pana Malfoya z lekcji? – zapytał oschle.
- Nie jestem pewna – głos McGonagall zabrzmiał tak samo oschle – Przerabiamy właśnie…
Hermiona, obserwująca z uwagą obu nauczycieli zauważyła, że profesor spojrzał na jej opiekunkę ni to z naciskiem, ni to z oburzeniem i dziwnie przewrócił przy tym oczami.
- To znaczy…jeżeli to ważne, to proszę go zabrać…
.........................................................................................................
- Panie profesorze, o co chodzi? – Draco wyciągał nogi jak tylko mógł, żeby nadążyć za swoim opiekunem – Czy coś się stało?
Snape zatrzymał się przed posągiem.
- Karaluchowy blok. Zobaczysz.
Chłopak wskoczył szybko na schodki. Czy to możliwe, że…? Profesor zapukał i wszedł pierwszy, a za nim wsunął się Ślizgon, wyglądając ostrożnie zza jego rękawa. Na środku gabinetu ze zdumieniem ujrzał Dumbledora i swojego ojca. Ten pierwszy miał poważny, choć łagodny i raczej zadowolony wyraz twarzy, natomiast drugi na widok syna uśmiechnął się, lecz nie za szeroko.
- Draco – powiedział prawie serdecznie – Witaj. Dowiedziałem się, co się stało. Ale nie przejmuj się, tę dziewczynę spotka to, na co zasłużyła.
- Nie wątpię, Lucjuszu – odezwał się dyrektor – Wybacz, ale…
Arystokrata znów się uśmiechnął.
- Tak, wiem. Porozmawiajcie i nie przejmujcie się, my wyjdziemy.
Złapał Malfoya juniora za ramię i poprowadził do drzwi. Dracon czuł się jak w jakimś wyjątkowo oryginalnym śnie. Chwilowo nie był jeszcze pewny, czy należałoby zaliczyć go do koszmarów.
- Tato, o czym oni rozmawiają? – spytał, gdy tylko znaleźli się na korytarzu.
- A takie ich sprawy, jak to podwładny z przełożonym…Ale to nieważne. Co powiesz na mały spacer po błoniach?
- Jak wolisz. Czemu…czemu nie przyjechałeś wcześniej?
Na usta cisnęło mu się pytanie: „Czemu przyjechałeś w ogóle?”. Lucjusz popchnął drzwi:
- Sam rozumiesz – praca, problemy z ministerstwem, takie tam.
Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Ryby pluskały w jeziorze, a w gałęziach drzewa cicho śpiewał jakiś ptak. Starszy Malfoy przechadzał się wolnym, dystyngowanym krokiem. Wyglądał na kompletnie rozluźnionego, choć jak zawsze elegancko, ale Draco wzdychał, przyspieszał i zwalniał kroku, w końcu przystanął i nabrawszy powietrza do ust, spytał:
- Jakiego rodzaju miałeś problemy w ministerstwie?
Jego ojciec wzruszył lekko ramionami.
- Tego, co zawsze.
Stanęli nad wodą na niewielkim wniesieniu. Chłopiec wsunął ręce do kieszeni i przygryzł dolną wargę. Lucjusz obserwował go przez chwilę.
- Skakaliśmy tu z kolegami na główkę. Zazwyczaj po to, żeby popisywać się przed dziewczynami. Twoja matka zawsze to wyśmiewała..
Draco zadygotał, chociaż było bezwietrznie i wręcz gorąco.
- Gdzie ona teraz jest?
- Oficjalnie na Jamajce. I mam nadzieje, że nie powiedziałeś prawdy nikomu. Nawet Blaisowi.
- Nie, ale czy ona…
Urwał.
- Podobno radzi sobie doskonale. Będę się już musiał z tobą pożegnać. Ucz się i nie dawaj dziewczynom powodów do uderzania twoją głową o podłogę – mrugnął do niego ojciec i wyciągnął dłoń. Draco podał mu swoją i poczuł, że trzyma w niej kartkę.
.........................................................................................................
Blondyn rzucił się na łóżko. Jego klasa miała jeszcze jedna lekcję i mógł w spokoju zastanowić się nad wszystkim. Ojciec zachowywał się inaczej. Zbyt miło. Zbyt nienaturalnie, choć ktoś, kto by go nie znał, nic by nie zauważył. A matka…Jamajka. Wczasy, odpoczynek i takie tam. A naprawdę wykonywała misję. Jaką? To pytanie chłopak zadawał sobie od ponad miesiąca. Przeczesał palcami włosy. Wyciągnął z kieszeni pomiętą i mokrą od jego spoconych dłoni kartkę. Kolejny raz przeczytał ją z taką samą złością, jak za pierwszym razem.
Draco,
Szczęśliwie się składa, że miałem akurat jakiś powód, by Cię odwiedzić i przekazać Ci te informacje. Nie mogłem nic mówić, gdyż podejrzewam, że byliśmy śledzeni. Czarny Pan rozkazuje nie oskarżać zbytnio szlamy. Jest przyjaciółką Pottera i odegra znacząca rolę w pewnych wydarzeniach. Tak więc traktuj ją nieco milej niż zwykle. Podpowiem Ci, że dla dobra Twojej matki lepiej będzie, aby ta dziewczyna nie była do nas negatywnie nastawiona. Nie będę ukrywał, że misja nie wychodzi jej i być może to ostatnia deska ratunku. Pomóż Granger na rozprawie. Załączam potrzebną Ci do tego listę lektur.
Lucjusz Malfoy
Prychnął. Akurat, ma być miły, ma pomóc i co jeszcze? Może przeprosić za wszystkie te lata i zaprzyjaźnić się? Mógłby się nie przejąć, ale…bał się. O swoją matkę i ciut bardziej o siebie.
......................................................................................................... Hermiona zerwała się z fotela, na którym siedziała.
- Jesteś pewny? Neville, jesteś pewny?!
- Widziałem ich nad jeziorem. Nie wyglądali na zbyt zadowolonych z życia.
Harry uderzył pięścią w oparcie kanapy.
- Na pewno knuli, jak cię wyrzucić.
- Ale…jeśli Malfoy ma serio jakieś, no wiecie, znajomości…
Hermiona prychnęła i opadła na sofę obok Harrego.
- Zna się z niejaką Angeliką Evans – podniosła głowę Ginny.
- Evans?
- Och, nie sądzę, żeby miała cokolwiek wspólnego z twoją mamą, Harry! Pochodzi z jakiegoś rodu czystej krwi. Ale chciałam wam powiedzieć, że będzie prowadzić tę sprawę.
- Co?! – zawołała Hermiona – Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Sama dowiedziałam się dopiero wczoraj. Podobno Malfoy chwalił się w Pokoju Wspólnym, że cię wywali ze szkoły, a jak dobrze pójdzie to wsadzi do Azkabanu. Oczywiście to tylko takie gadanie – dodała szybko.
- Jaki…
- Co to znaczy…zna się? – zmarszczył brwi Ron.
- Nie domyślasz się? – jego siostra znów pochyliła się nad książką.
Hermiona zaśmiała się nerwowo.
- Pewnie nikt o tym nie wie?
- Udają, że nie wiedzą, ale przecież to niemożliwe, żeby…
- I minister pozwolił jej prowadzić…
- Cicho, Harry! Myślisz – dodała szeptem, a wszyscy pochylili się ku niej – że minister nie ma ważniejszych spraw, niż romanse swoich pracowników? A poza tym chyba ona też ma odrobinę przyzwoitości.
Ron spojrzał na nią z powątpiewaniem.
- No, pewnie tak. Hermiono, napisałaś wypracowanie z eliksirów?
- Nie dam ci odpisać. No trudno, nic nie poradzimy. Po prostu…eee…trzeba mieć nadzieję, że wszystko się ułoży.
.........................................................................................................
- Draco? Mogę wejść?
Blondyn poderwał się z łóżka i przygładził pośpiesznie włosy.
- Jeśli musisz – warknął – Wciąż jestem obrażony – zaznaczył.
Blaise uśmiechnął się lekko.
- Twój rekord – zauważył – Jak dotąd, najdłużej nie odzywałeś się do mnie dwa dni.
Malfoy wystawił głowę przez okno i utkwił wzrok w jeziorze. Zabini przeszedł się po pokoju. Był tylko trzyosobowy, podczas gdy w większości dormitoriów spało pięć osób. Na półkach stały małe figurki ze złota. Chłopak wziął jedną z nich do ręki. Przedstawiała małą dziewczynkę na huśtawce. Złote włosy fruwały na wietrze, a szata mieniła się jak w słońcu.
- Gdzie to kupiłeś?
- Była w moim domu odkąd pamiętam – odparł Dracon, nie poruszając się – Robiona na zamówienie.
- Kogo?
- Nie wiem. Pewnie matki.
Kolega stanął obok niego.
- Ładnie dziś. Tak miło, ciepło. Można by na wieczór skoczyć do Hogsmeade, bo niedługo seria sprawdzianów i…
- Skoczcie beze mnie.
- Dlaczego?
Malfoy spojrzał na niego twardo.
- Bo ja nie chcę nigdzie wychodzić – wycedził – Dotarło?
Zapadła cisza. Blaise postawił huśtawkę na oknie i popychał ja palcem, tak że poruszała się gwałtownie w obie strony, zaś dziewczynka wrzeszczała.
- Ucisz to! – krzyknął nagle Malfoy. Zabini drgnął.
- Nie musisz się tak denerwować – odpowiedział spokojnie – Jeśli coś co nie pasuje, to…
Draco zatkał palcem usta dziecka.
- Lubisz czytać? – spytał nagle.
- Wiesz, że tak.
- Potrzebuję, żebyś przeczytał parę książek i mi opowiedział.
I podał mu kartkę od ojca.
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Otóż chodzi cos za mną i mówi "napisz cos, napisz coś". A ponieważ konkretnych pomysłów chwilowo nie miałam, postanowiłam napisać kolejny rozdział. Przyjemnego czytania i chętnego komentowania:).
......................................................................................................... Czasem zdarzają się rzeczy, które są naprawdę gorzkie. I, co najgorsze, wcale nie ranią – są po prostu gorzkie. A uświadomienie sobie po raz kolejny w życiu, że nie jest się kochanym przez własnego ojca jest jedną z takich rzeczy. I zawsze pozostawia po sobie wypełniający całe serce żal pełen złości. Nie, Dracona nie raniło to, co się działo. On o tym wiedział już od dawna i choć to niepojęte – przyzwyczaił się. To było zupełnie naturalne, tak było zawsze. Wiedział o tym tak samo jak o tym, że nazywał się Malfoy. Tylko czasem klął na to nazwisko. Ale zazwyczaj starał się rozumieć reguły rządzące jego światem i prawie zawsze mu się udawało. To było tak świetnie gorzkie. Tak czarująco okrutne. Tak wspaniale nieznośne. Ale ostatecznie było do przeżycia. I nigdy żaden Potter nie będzie o tym wiedział. Ani żadna Granger.
.........................................................................................................
Hermiona spuściła głowę. Stała właśnie w gabinecie Dumbledora. Jasne promienie słońca wpadały przez okno, ale ona była już daleka od tej cudownej beztroski, która opanowała ją tego ranka, gdy obudziła się i przypomniała sobie, że nie jest morderczynią. Wręcz przeciwnie – czuła się przytłoczona, tak jakby wszystkie ściany napierały na nią. Albo raczej – napierały na jej serce. Tak bardzo się wczoraj bała, tak płakała. I równocześnie wiedziała, że to jej nigdy nie usprawiedliwi.
- Panno Granger – łagodny głos napływał jakby z oddali – Chyba rozumie pani, że będzie pani musiała odpowiedzieć przed Ministerstwem Magii.
- Owszem – odpowiedziała głucho – A szkoła?
- Szkoła? – dyrektor uniósł zdziwiony brwi.
- Czy zostanę wyrzucona?
- Do czasu, aż odbędzie się przesłuchanie nikt nie wywiera na mnie żadnego nacisku, a ja postanowiłem nie działać na razie w tej sprawie.
- Dziękuję.
- Nie dziękuj za wcześnie. Sytuacja wygląda nieciekawie. Chyba sama rozumiesz, że pan Malfoy jest bardzo cenionym pracownikiem ministerstwa, a jego znajomości są szerokie…zbyt szerokie.
Dziewczyna zastanawiała się, czy czarodziej mówi sam do siebie, do niej, czy do portretów. Wpatrzony w nie, zachowywał się, jakby w ogóle nie dostrzegał jej obecności.
- Co mogę zrobić?
Westchnął.
- Obawiam się panno Granger, że niewiele. Chociaż…
- Chociaż…? – podchwyciła.
.........................................................................................................
W nieokreślonej czasoprzestrzeni znajduje się niezwykła budowla. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykła góra, lecz jest parę ludzi na świecie, którzy mogą zobaczyć, z czego naprawdę jest stworzona. A jest to po prostu szkło, najczystsze, przejrzyste szkło. Przez szklane ściany można zobaczyć szklane korytarze, szklane komnaty i szklane meble. W samym jej środku stoi czerwona, szklana kanapa zarzucona żółtymi, szklanymi poduszkami, a na nich leży mała dziewczynka. Ubrana jest w zbyt dużą suknię ze złotogłowiu, która wygląda na niej jak najdroższy na świecie worek. Włosy ma poskręcane w loki, loczki, pukle i fale, a oczy jej nie otwierają się nigdy. W rękach trzyma książkę. Na szklanej okładce poruszają się szklane postacie, lecz nie można jej czytać, bowiem przez jedną literę widać drugą, przez drugą trzecią, i tak dalej, ile ich jest. Palce dziewczynki krążą po stronach, ale nigdy nie unosi powiek. Niektórzy mówią, iż jest to zaklęta księżniczka, inni że to zwykła zmora, a jeszcze inni, że w ogóle jej nie ma. Jednak my opowiemy prawdziwą historię. Setki lat temu żyła kobieta o imieniu Aynika. Była najpiękniejszą dziewczyną w całej Anglii i choć wielu chciało ją poślubić, ona kochała tylko jednego. Była zakochana po prostu szaleńczo, a ponieważ ja kochać musiał prawie każdy nie związany z inną kobieta prawdziwą miłością, szybko pobrali się i urodziła się im mała córeczka. Minęło kilka lat, podczas których on przekonywał się coraz wyraźniej, że jednak nie darzy swej żony prawdziwym i stałym uczuciem. Zdradzał ją z inną kobietą. Gdy Aynika się o tym dowiedziała, wpadła w szał i zagroziła, że jeśli nie przestanie, zabije go. Mężczyzna ten był tchórzliwy z natury, ale sprytny. Zaproponował kobiecie, że przestanie, jeżeli ta zabije ich dziecko, był bowiem pewny, że nie stać jej na to. Ona jednak zrobiła to. Natychmiast po morderstwie pożałowała jednak, ale mogła zrobić już tylko jedno. Zamieniła się z córeczką ciałami za pomocą niezwykle trudnego eliksiru. Dziewczynka wyjechała za granicę, gdzie opiekowała się nią stara niania, a potem po osiągnięciu dojrzałości psychicznej rozpoczęła nowe życie. Aynika zaś przedziwnym zrządzeniem losu nie umarła, lecz uwięziona została w tej właśnie górze…
Hermiona prychnęła z pogardą:
- Głupia, kiczowata historyjka.
Ron uniósł z trudem głowę. Wczoraj czytali do drugiej w nocy i dzisiaj ledwo widział na oczy.
- Spróbuj pomyśleć…Jak znam Dumbledora, nie pokazał ci tych książek bez powodu.
- Mam się niby zamienić z Malfoyem ciałami?!
- Cóż, skoro takie są marzenia Weasleya…
Dziewczyna obróciła się tak energicznie, że włosy pofrunęły za nią w kształcie gęstej, brązowej i ( prawdę powiedziawszy ) mocno skołtunionej chmury.
- Malfoy! Kiedy wyszedłeś ze szpitalika?
Chłopak zamrugał energicznie.
- Skąd wiesz, że byłem w szpitaliku?
- J…ja…A ty…
Podniósł wysoko brwi.
- Czy tylko na tyle cię stać?
Zadziwiające, ale jego głos, choć prawdopodobnie sam o tym nie wiedział, zabrzmiał…ciepło?
- Nic ci się poważnego nie stało? – zapytała potulnie. Ten chłopak działał na nią pesząco. A raczej po prostu pozbawiał ją wiary we własną inteligencję. Wszyscy inni uważali ją za kogoś niemożliwie mądrego, a on widział w niej…człowieka. Szlamę, kogoś wartego pogardy, zdeptania, kogoś kogo można tylko nienawidzić, to prawda, ale…człowieka.
- Martwiłaś się o mnie? Jak miło – uśmiechnął się szeroko. Miał naprawdę niesamowite zdolności aktorskie. Zachowywał się, jakby rzeczywiście było mu miło i nie psuł tego nawet żaden złośliwy błysk w oczach. Zero ironii. Gdyby nie był tym, kim był, mogłaby dać się nabrać.
- Chciała się dowiedzieć, na ile poważne były twoje obrażenia i jak jej to policzą – warknął Ron.
- Co będą liczyć Granger za twoje obrażenia? – czarnoskóry chłopak cicho jak duch przeszedł koło półek i wychylił się zza ramienia Draco.
- A ty Zabini nie byłeś u mnie? – jego głos w jednej chwili z ciepłego i miłego zmienił się na zimny i oschły – wprost nie do poznania – Mogłem zginąć, ale cóż…ty nie przejąłeś się tym.
- Miałem ważne sprawy…ale ani na sekundę nie przestawałem myśleć o tobie.
- Naprawdę? Cóż…to wzruszające.
Obrócił się do Hermiony.
- Już takie towarzystwo jest lepsze od ciebie.
.........................................................................................................
Doprawdy godne pożałowania. Zabini był po prostu bezczelny. Jego ważne sprawy ograniczały się do tego, że mu się nie chciało. Tak samo jak Pansy. A ta bezczelna zgraja fanów Pottera zawsze siedziała bądź stała ( jeśli nie było już na czym siedzieć ) przy nim cierpliwie przynajmniej dopóki się nie obudził i nie uspokoił ich, że nic mu nie jest. Strach pomyśleć co by było, gdyby umierał. Być może sytuacja Dracona nie była tak tragiczna, jednak lubił czasem trochę podkoloryzować i poudawać, że jest bardziej nieszczęśliwy niż przeciętny szlachetnie urodzony chłopiec. W końcu on sam z pewnością nie martwiłby się specjalnie, gdyby coś stało się Blaisowi. Czy kiedykolwiek zrobili coś, co nie należałoby do stosunków między parą wzorowych przyjaciół? Byli tacy jak jego ojciec i Nott. Wspaniali. Wielkie nic, choć z pozoru coś.
always-in-love
Nastrój:
tagi:
I chyba znów mi nie wyszło. Ale trudno, trzeba ćwiczyć, to się może kiedyś do czegoś dojdzie. Tak, masz racje Fatal, moja historia nie jest niczym specjalnie dobrym, ale ja o tym wiem. I zamierzam ćwiczyć tak długo, aż naucze się pisać. Jeszcze pół roku temu było dużo gorzej. Za kolejne pół roku będzie może dużo lepiej niz teraz:).
........................................................................................................ Słońce zaszło już cztery godziny temu. Ledwie zarysowany, cieniutki rogalik księżyca słabo oświetlał błonia. Załamania srebrnego blasku ślizgały się po wodzie. Pod rozłożystym dębem siedziała młoda dziewczyna. Włosy przykleiły się jej do wilgotnych od łez policzków, jedna mała kropla lśniła na nosie. Pusty wzrok utkwiła w jednym z okien Hogwartu. Zapewne było to jedno z okien sal lekcyjnych położonych blisko Skrzydła Szpitalnego, jednak Hermiona nie zastanawiała się, czy na pewno patrzy w to właściwe. To, za którego szybami ważyły się właśnie jej losy. Draco Malfoy został ciężko zraniony w głowę. Wszystko zależało od tego, czy przeżyje. Inny wyrok wydadzą na zabójczynię, inny na niedoszłą zabójczynię. Z przerażeniem uświadomiła sobie, iż myśli tylko o tym, co stanie się z nią. Tymczasem tam leżał człowiek, który mógł umrzeć. Przez nią. Przymknęła oczy i po raz kolejny tego wieczoru wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia...
... Zbliżała się powoli do Ślizgona.
- Nie wygłupiaj się - powiedziała niepewnie. Ani drgnął. Leżał z zamkniętymi oczami, z odchyloną na lewy bok głową. Przykucnęła obok niego i dotknęła platynowych włosów. Były zadziwiająco miękkie i jedwabiste, jednak ją przepełniały odrazą, jak cała jego osoba. Odsunęła niesforny kosmyk znad prawego oka i pochyliła się. Patrzyła uważnie w jego zamknięte powieki. Zdawało jej się, czy jedna z nich drgała nieznacznie? Zmarszczyła brwi i prawie położyła swoją twarz na jego. Przez parę sekund nie dał żadnego znaku życia, a potem…Nagle w jej oczy zajrzały jego źrenice, a on zaczął się bezczelnie śmiać. Najpierw krzyknęła ze strachu i poderwała głowę, a potem stało się to. Poczuła zimną wściekłość. Chwyciła go za ramiona, uniosła lekko do góry i potrząsnęła silnie parę razy. Jęknął bezsilnie. Puściła go rzuciła mu ostatnie spojrzenie pełne pogardy. Oczy znów miał zamknięte.
- I dla kogo się tak zgrywasz? - szepnęła z żalem. Żałowała swojego wybuchu, swojej bezsensownej złości. Nie wiedziała, co się z nią stało. Nigdy wcześniej nie zdarzały jej się takie rzeczy. Wstała i poszła prosto do wyjścia. Dopiero przy samych schodach obróciła się. Leżał tak samo jak wtedy, kiedy go zostawiła. Przez chwilę stała niezdecydowana. "On się na pewno zgrywa" - myślała - "Chce cię nabrać, nie powinnaś tam iść". Ale lodowata, dusząca fala niepokoju już ścisnęła ją za płuca. Zdecydowanie zawróciła i pobiegła najszybciej jak mogła. Wydawało jej się, czy za którymś razem uderzyła jego głową o podłogę? Nie, na pewno nie! A jeśli...Upadła na kolana, chwyciła drżącymi dłońmi za jego szyję i kilkakrotnie obróciła go na obie strony. Ramiona opadły jej z gwałtownej ulgi. Chciała wstać, ale kolana zbyt jej drżały. Podparła się ręką i podniosła opierając o ścianę. Nie przejmowała się już, co Malfoy o niej pomyśli, ważne było tylko to, że nic się nie stało. Uspokoiła się trochę i zrobiła na próbę kilka kroków. Odgarnęła włosy z czoła i powoli poszła w kierunku schodów, nie oglądając się już. "Idiota" - myślała z wściekłością - "Skończony idiota i ja idiotka. Głupia! Trzeba było od razu iść do Dumbledora, co we mnie wstąpiło?". Znów spadł jej na oczy mały loczek. Wyciągnęła niecierpliwie rękę, by go odsunąć, kiedy zauważyła, że jest...czerwony?! Podniosła dłonie do oczu. Po jednej z nich spływała purpurowa stróżka. "Ukłułam się?" - pomyślała zdziwiona. Ale nie, na kciuku miała odciśnięty mały, krwisty ślad, do którego przyklejony był jasny włos. Obróciła palce wierzchem do góry. Dwa z nich były całe umazane w czerwonej cieczy. Pisnęła ze strachu.
- Panna Granger? - usłyszała za sobą cichy głos - Co pani tu robi?
Obróciła się i stanęła twarzą w twarz ze Snapem.
- J-ja... - wyjąkała - Ja...tam... - pokazała bezmyślnie palcem w głąb korytarza. Nauczyciel uniósł brwi.
- Zdawało mi się, panno Granger, że na lekcjach wykazuje pani nieco więcej elokwencji.
I wtedy rozpłakała się. Szlochała spazmatycznie, trzęsła się i obcierała policzki, pozostawiając na nich krwiste ślady. Profesor spojrzał na nie zdumiony, chwycił jej ręce i zmartwiał. Oglądał je przez chwilę, choć bez problemu można było zauważyć, iż plamy nie powstały od skaleczenia. A potem złapał ją za kołnierz szaty i powlókł za sobą. Wepchnął ja do swojego gabinetu, zatrzasnął drzwi, przekręcił od zewnątrz klucz i poszedł dalej. Osunęła się na kolana, łkając. Dalej już pamiętała tylko wściekłość na twarzy Snapa, przerażenie profesor McGonagall i jakieś inne krótkie migawki zanim zapadła w sen.
Obudziła się w swoim łóżku. Podniosła się. Piekły ją oczy i nic nie pamiętała. Ktoś odsunął zasłony.
- Hermiona - Harry usiadł koło niej - Co się stało? Nikt nam nie chciał nic powiedzieć, McGonagall wpadła tu, położyła cię na łóżku i kazała pilnować.
- Była przerażona. W życiu jej takiej nie widziałem! - Ron opadł na kołdrę obok przyjaciela - O co chodziło?
- Malfoy... - szepnęła pochylając głowę. Wszystkie wspomnienia nagle do niej powróciły.
- Malfoy?! - ryknął Ron - Co on ci zrobił?!
- Nie, nie! To ja jemu... - umilkła.
Zapadła cisza. Poczym Ron znowu wybuchł:
- Co mu zrobiłaś? Rozwaliłaś nos? Rzuciłaś jakieś ekstrazaklęcie?
- Wystarczył zwykły Expeliarmus i parę uderzeń - jęknęła i rzuciła się na poduszkę.
- No! To i tak nieźle! - powiedział z uznaniem, jakby chciał rzec: "Ja bym wymyślił cos lepszego, ale ty...". Jednak Harry był o wiele poważniejszy.
- Będziesz miała kłopoty? - zapytał nieśmiało. Jak zwykle nie wiedział, co powiedzieć. I jak zwykle powiedział to, czego nie powinien...
...Tak, będzie miała kłopoty. Jeżeli Malfoy umrze...Jeśli nawet ze względu na młody wiek nie zostanie skazana na Azkaban, to z pewnością będzie wyrzucona ze szkoły. A tego nie przeżyje. Hermiona była przekonana, że może zdarzyć się wszystko, ale uczyć się musi. Do tej chwili. Kiedy myślała o tym, że być może jakiś człowiek zakończy za chwilę swoje życie zupełnie niewinnie właśnie przez nią, ogarniała ją przerażająca pustka. Co mogła zrobić? Nic. Pani Pomfrey tam na górze robiła, co mogła. Dziewczyna była tam, patrzyła przez szybę. Leżał z zamkniętymi oczami, przez jeden z jego policzków biegła krwawa smuga. I nie wiedziec czemu dopiero widok tej smugi uświadomił jej, co to znaczy "umarł". I tak gorąco pragnęła nie myśleć o sobie i swoim być może zniszczonym życiu. Dotykała czerwonego włosa, bawiła się nim. Westchnęła jeszcze parę razy. Nie powinna wychodzić z zamku. Wstała powoli i poszła do szkoły. Z początku zamierzała natychmiast położyć się do łóżka, choć wiedziała, że nie zaśnie. Ale nie udało się. Skierowała się do Skrzydła Szpitalnego. Uchyliła jedno ze skrzydeł drzwi i zajrzała do środka. Było ciemno i cicho. Czy możliwe, że...Podeszła do jego łóżka. Leżał zupełnie nieruchomo. Chyba nie oddychał. Zacisnęła kurczowo powieki, a potem zmusiła się do dotknięcia jego twarzy. Była jeszcze ciepła. Przemogła strach i pochyliła się nad nim. Usłyszała cichutki szmer. A więc jednak. Pisnęła z bólu i zdała sobie sprawę, że właśnie wyrwała ten nieszczęsny, zakrwawiony włos. Położyła go na szafce nocnej. Poczuła się tak, jakby pozostawiała za sobą swój nikczemny czyn i nie miała już żadnych problemów. Z lekkim sercem wymknęła się ze szpitalika i pobiegła do dormitorium.
.........................................................................................................
Draco obudziły pierwsze promienie wschodzącego słońca. Stwierdził ze zdumieniem, że boli go głowa i że nie ma pojęcia, jak się tu znalazł. Podniósł się z wysiłkiem do pozycji siedzącej i dotknął bandaży na czole. Ostatnie, co pamiętał, to było to, że wracał do Pokoju Wspólnego po treningu Quidditcha. Stuknęły otwierane drzwi.
- No panie Malfoy, jak pan się dzisiaj czuje? - pielęgniarka postawiła przy nim tacę z trzema buteleczkami i kubkiem.
- A co się stało? - spytał podejrzliwie. W głębi duszy miał nadzieję, że nie będzie miał żadnych nieprzyjemności, gdyż wszystko to wyglądało mu na niezbyt ciekawe zakończenie jakiejś bójki.
Kobieta spojrzała na niego zdumiona:
- Jak to, nic pan nie pamięta?
Szybko jednak drgnęła, jakby przebudzona ze snu i nalała do szklanki żółtą, lepiącą się zawartość najmniejszej buteleczki.
- Proszę to wypić. Rana szybciej się zagoi.
Być może w innej sytuacji chłopiec próbowałby się bronić, ale teraz był zbyt osłabiony. Upił łyk i skrzywił się.
- A to co jest?
- Któro? - pani Pomfrey podniosła niechętnie głowę znad pozostałych dwóch buteleczek, których zawartość mieszała.
- To.
Draco wyciągnął rękę w kierunku stolika.
- Jakieś śmieci. Zaraz wyrzucimy. A to - zmieniła temat - specjalna maść do smarowania rany. Kazał ja przysłać twój ojciec - dodała nieopatrznie.
- Mój ojciec? On wie? - zapytał żywo.
- Wie - odparła krótko.
- Był tutaj?
Zapadła cisza. Po czym kobieta odpowiedziała drżącym głosem.
- N-nie.
I natychmiast dodała nienaturalnym dla niej, ciepłym tonem:
- Ale przyjedzie, kiedy tylko będzie mógł.
- Dziś?
- Może nawet jeszcze dziś.
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Powinniście mnie zjechać za tę notkę. Jej jedyną zaletą jest to, że jest długa. Ale stwierdziłam, że prowadzę tego bloga prawie od miesiąca, a nie było jeszcze żadnego kontaktu miedzy Draco a Hermioną. W ogóle pisanie o nich mi nie idzie, więc może skasuję tego bloga. Ale póki co - jest nowy rozdział:).
.........................................................................................................
Krzyk…Płacz jakichś rozhisteryzowanych pierwszoklasistów…Rozmazane przez strach błyski ognia na ścianach…Jeden wielki chaos, wrzask. Hermiona zerwała się z dywanu i rozpaczliwie próbowała opanować panikę uczniów. Jednak już po pół minucie zrozumiała, że to bez sensu. Każdy biegł gdzie chce, jedni do dormitoriów po swoje zwierzątka, inni prosto w dziurę pod portretem. „Jezus Maryja, co się z nimi stanie? Gdzie dobiegną, ile osób zginie?” – przemknęło jej przez głowę. Spróbowała zachować spokój. Nie udało się. A więc chociaż rozsądek. Chwyciła różdżkę leżącą na stole i przyłożyła sobie do gardła.
- Sonorus! – jej wzmocniony przez zaklęcie głos poniósł się po Pokoju Wspólnym – Proszę zachować spokój! Proszę zebrać się tutaj przy mnie! W pary proszę!
Ze zdumieniem stwierdziła, że uczniowie jej słuchają. Wprawdzie nie ustawili się w pary, ale stłoczyli przy kominku, jakby podświadomie szukając ciepła. Jeden obok drugiego, wpatrzeni w nią, wyczekujący ratunku. Nagle poczuła kolejny przypływ ciepła. Oni wszyscy na nią liczyli, pokładali w niej nadzieję. Nie mogła ich zawieść. Musiała okazać się godna ufnych, czekoladowych oczu jednego z mniejszych chłopców, musiała sobie poradzić.
- Wszyscy są? – zapytała drżącym głosem. Wybrała prędko najbardziej rozsądnie wyglądające osoby, aby przeliczyły swoje klasy. Przez ten czas sama zastanawiała się, co zrobić. Nie mogli przecież całą watahą przejść przez korytarze Hogwartu, narażając się na śmierć. Ale pozostać tu, to było również to samo, co wydać na siebie wyrok. „Sekundę – pomyślała – Trzeba wysłać kogoś po profesor McGonnagal. Czemu jej tu jeszcze nie ma?”
- Ej, ty! – poszukała wzrokiem dziewczynki – Kto ci powiedział o tych Śmierciożercach? – złapała ją za ramię.
- Nikt…
- Skąd o nich wiesz? – spytała już łagodniej. Mała była rozhisteryzowana i pani prefekt najchętniej wysłałaby ją do Skrzydła Szpitalnego, gdyby była taka możliwość.
- Widziałam…
- Gdzie?
Rozpłakała się jeszcze głośniej. Z westchnięciem puściła ją i zwróciła się do wszystkich:
- Kogo u was brakuje?
- W pierwszej klasie Toma Waltera i Kate Johnson.
- W trzeciej nikogo.
- W drugiej też.
- W czwartej nie ma Claudii Moreno…
- Z piątej brakuje tylko Ginny Weasley.
- W szóstej nie ma Harrego…ale on ci chyba mówił, gdzie idzie.
Nie mówił…
- Tak, tak, mówił, nie martwcie się.
Nie można przecież dopuścić do powtórnej paniki, która z pewnością ogarnęłaby Gryffindor, jeśli dowiedzieliby się, że ich bohater przepadł bez wieści.
- Czy w siódmej nikogo nie brakuje? – zapytała słabym głosem.
- Wszyscy są.
Tak więc nie ma pięciu osób. „To i tak niewiele” – pomyślała gorzko. Tylko co z tymi czterema zaginionymi? I Harrym, głupim bohaterem. Dziewczyna nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że chłopak zamierza sam jeden pokonać Voldemorta i jego sługi. W jej opinii był szalony, szczególnie od powrotu Czarnego Pana.
- Ron, idź po profesor McGonnagal. Ja tu zostanę…z wami – wyrwało jej się. Ktoś ścisnął jej rękę. Obróciła się. To była Parvati, z którą nigdy nie żyła w najlepszej zgodzie. Uśmiechnęła się krzepiąco do hinduski.
- To idę – chłopak był bardzo blady, ale jego głos brzmiał stanowczo.
- Nie! – wrzasnęła nagle Amanda Bynes. Hermiona znała ją z widzenia. Mówiono o niej, że jest dosyć mądrą, dobrą dziewczyną. Wszyscy na nią spojrzeli. Zaczerwieniła się, ale nie opuściła wzroku. Patrzyła na Rona z dziwną determinacją i zarazem strachem.
- Nie idź – powtórzyła.
- Ja pójdę –zaofiarował się nagle Dean.
- Nie…ja – teraz brązowowłosa z trudnością powstrzymała łzy wzruszenia. Gryfoni…”Ach, ta nasza słynna odwaga” – przemknęło jej przez głowę.
- Nie, nie, Neville…To ja powinnam iść.
.........................................................................................................
Hermiona bezszelestnie wyszła na korytarz, okryta peleryną niewidką, odnalezioną przed chwilą w czasie przeszukiwania dormitoriów. Dwoje pierwszoklasistów, jak się okazało, siedziało po prostu w szafie. A Harry…Wiedział, że ktoś pójdzie po pomoc. I chciał pomóc chociażby w tak niepewny sposób. Peleryna nie dawała wielkiego zabezpieczenia i dziewczyna była tego świadoma, lecz zawsze było to coś. Powoli przesuwała się kolejnymi korytarzami, ocierała o lodowate mury, do których przyciskała plecy. Serce waliło jej tak głośno, że zagłuszało wszystkie inne odgłosy, więc nawet nie usiłowała łowić uchem jakiegokolwiek szelestu. Po prostu szła i szła, i chwilami zdawało się jej, że ta wędrówka nie będzie miała końca i że będzie tak iść, póki nie umrze z głodu, lub nie napotka jakiegoś Śmierciożercy. Wreszcie dotarła do ostatniego zakrętu. Oparła się o ścianę i starała uspokoić oddech. Poczuła stróżkę zimnego potu spływającą po plecach. Nie było już czasu. Trzeba było iść…Oderwała się od muru i już, już miała zrobić pierwszy krok, gdy usłyszała za sobą szelest. Zaczęło szumieć jej w głowie, pociemniało w oczach. Ścisnęła mocniej różdżkę w spoconej dłoni i wsparła drugą ręką o ścianę. Miała wrażenie, że klatka piersiowa zaraz jej pęknie. Czekała przez dłuższą chwilę, ale nic nie usłyszała. Rozluźniła się. Jednak w tej samej chwili wyczuła za swoimi plecami czyjąś obecność. Znieruchomiała. Zakręciło jej się w głowie i osunęła się w ciemność.
.........................................................................................................
W mroku powoli rozróżniała jakieś kształty, na początku rozmazane, potem coraz wyraźniejsze. Odetchnęła głęboko.
- Hermiona?
Odetchnęła jeszcze raz, lecz mimo wysiłków nie mogła wymówić ani słowa. Ktoś nad nią wołał, ale nie wiedziała co. Znów wszystko zlało się w jeden wielki szum. Jakaś ręka podniosła ją do pozycji półleżącej i wsunęła palec w usta. Dziewczyna uchyliła je niechętnie. Po chwili poczuła w ustach lekko słodkawy smak jakiejś wyjątkowo lepkiej substancji. Starała się przełknąć, ale nie mogła nawet poruszyć językiem. Płyn wylał jej się z ust. Zakaszlała i podjęła rozpaczliwy wysiłek splunięcia. Opadła na łóżko, lecz prawie od razu została podniesiona z powrotem. Tym razem udało się jej wypić odrobinę lekarstwa. Kształty nabierały ostrości. Obok jej łóżka siedział Ron.
- Hermiona? – szepnął nieśmiało.
Uśmiechnęła się, a właściwie uniosła delikatnie koniuszki warg, ale on zrozumiał. Skinął głową na znak, że jest i nie idzie.
.........................................................................................................
Brązowowłosa szła szybkim krokiem do gabinetu dyrektora. Omdlenie było silne, ale na szczęście krótkotrwałe i niegroźne, więc pani Pomfrey pozwoliła jej wrócić do dormitorium już tego samego dnia. Ron jednak wyszedł, kiedy jeszcze nie mogła rozmawiać i nie dowiedziała się, czy Harry wrócił i jakim sposobem udało się obronić Hogwart. Gdy usłyszała, że po wyjściu ze szpitalika mat iść do Dumbledora, udała się tam natychmiast. Miała nadzieję, że dowie się wszystkiego. Nasuwało się jej mnóstwo pytań. Przed tysiące wątpliwości wybijała się jedna: „Jak oni się tu dostali?”. Szkoła jest przecież nienanoszalna. Oczywiste, że musiał ich wpuścić któryś z nauczycieli. Snape? Nie, przecież Snape był po ich stronie. Nie mogła w to wątpić. A reszta? Nieprawdopodobne! Tak więc któryś z uczniów. Zabawne. Kto? Kto mógłby chcieć czegoś takiego? „Ktoś ze Slytherinu” – pomyślała natychmiast. Ale…kto? Malfoy! Jak mogła być tak ślepa! Oczywiście, że on! Nie panując nad sobą zawróciła i ruszyła w stronę dormitorium slytherińczyków. Schodami w dół…Przebiegła przez korytarz…I do lochów. Harry i Ron mówili, gdzie jest wejście. Kamienna ściana…Która? Nagle usłyszała za sobą kroki.
- Szlama?
Obróciła się i zobaczyła za sobą ciemnoskórego, wysokiego chłopaka.
- Widziałeś Malfoya? – spytała krótko.
- Może… - odparł przeciągle.
- Gdzie jest?
Wskazał ręką na ścianę.
- Tam.
- Możesz go zawołać?
- A co za to dostanę? – oblizał sugestywnie usta.
Krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Roześmiał się i podszedł do ściany. Wyszeptał coś i po chwili wszedł do Pokoju Wspólnego. Została bezradna. Wrzasnęła i uderzyła pięścią o ścianę w bezsilnej złości. Z tyłu ktoś złośliwie zachichotał.
- Malfoy! – wyszarpnęła różdżkę i bezbłędnie rzuciła zaklęcie oszałamiające. Przerażony chłopak nawet nie próbował się bronić. Upadł na podłogę, uderzając głową o kamienną posadzkę. Przez chwilę stała nad nim, dysząc ze złości. A potem zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Wrzasnęła i uklękła obok niego. Chyba nic mu nie było, zresztą nie to się liczyło. Nagle zrozumiała, iż przez chwilę życzyła mu śmierci.
- Co mnie opętało? – szepnęła przerażona. Podniosła z ziemi różdżkę:
- Rennervate.
Powoli poruszył głową i jęknął cicho. Pomogła mu się podnieść.
- Co ty wyrabiasz, idiotko? – wycedził przez żeby.
- Wpuściłeś Śmierciożerców do Hogwartu! – krzyknęła trochę z paniką, trochę ze złością, a trochę jakby usprawiedliwiając się.
- Śniło ci się – stwierdził kategorycznie.
- Nieprawda! Tylko ty mogłeś to zrobić! Twój ojciec służy jemu! – zerwała się na równe nogi.
- Nie tylko mój.
Zapadła cisza.
- No…w każdym razie…kto mógłby być taki wredny? – bąknęła.
- Dziękuję ci – mruknął pod nosem. Spojrzała na niego z ukosa. Śmiał się. Wydawał się po prostu świetnie bawić. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie uderzył się zbyt mocno.
.........................................................................................................
Draco uśmiechnął się mimowolnie. Była taka zabawna ze swoją złością, przerażeniem, które wyraźnie widział w jej oczach i zakłopotaniem. Taka różna od tej zwyczajnej kujonki Granger. Taka nieporadna. Jakby sama nie wiedziała, po co przyszła, co ma zrobić.
- Naprawdę jeszcze nie dowiedziałaś się jak to było? – mówił przeciągając sylaby – Nie wiesz, że nie było żadnych Śmierciożerców? To wszystko wymyśliła ta cała McGregory. Tak więc twoja odwaga…Oczywiście była wspaniała, ale jak widzisz na nic się nie przydała. Spanikowałaś na odgłos kroków Nevilla. Cała szkoła już wie o tym wszystkim.
- Ja… - poczerwieniała – Kłamiesz! Oni tu byli i to ty ich wpuściłeś! Mydlisz mi oczy!
Och, jaka była zabawna. Taka przyjemna z tą swoją zabawnością. Taka…odprężająca. Bardziej niż wyżywanie się na młodszych uczniach.
.........................................................................................................
- To ja…
Nie, nie przeprosi tego idioty. Niech ma. Obróciła się na pięcie i poszła w kierunku wyjścia z lochów. Wtem zorientowała się, że coś jest nie tak. Powoli odwróciła głowę.
- Nie wstajesz, Malfoy?
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Wreszcie (albo już) nowa notka. Tak na początku chciałabym poprosić o to, że jeśli ktoś czyta i nie komentuje, to miło by było gdyby zostawił choc jedno zdanie. Po prostu chciałabym mieć jakąś orientację, dla ilu osób piszę.
........................................................................................................ W gabinecie wicedyrektor Hogwartu panowała cisza. Dwie grube, szesnastowieczne damy szeptały coś do siebie na portrecie. Przez uchylone okno dobiegały wesołe pokrzykiwania pierwszo i drugoroczniaków. Hermiona stała przed biurkiem, niepewna i nieco onieśmielona. Minerwa westchnęła. Od paru już chwil siedziała bez ruchu, bębniąc palcami o blat. Nie wiedziała, jak ma powiedzieć tej pogodnej, szczęśliwej dziewczynie o tym, co ją czekało. W końcu wstała, przeszła przez pokój i położyła jej dłoń na ramieniu.
-Hermiono – powiedziała prawie spokojnie. Tylko po lekkim drżeniu głosu można było poznać, jak bardzo jest zdenerwowana – Musisz mi obiecać, że to, co ci teraz powiem pozostanie między nami.
Dziewczyna skinęła poważnie głową. Już wcześniej domyślała się, że opiekunce nie chodzi dodatkowe lekcje. McGonnagal spojrzała jej w oczy, a potem zdjęła rękę z jej ramienia i podeszła do okna. Zapatrzyła się na widok za szybą. A widok był rzeczywiście piękny. Niedaleko za oknem rozpościerała się ta bardziej dzika część jeziora. Po szarej tafli wody pływały kępki traw, a po bokach zwieszały się gałęzie i zanurzały w odmętach stawu. Przez szpary w nich przeświecało ostro czerwone światło zachodzącego słońca i odbijało się w wodzie, jeśli weszło się między promienie, można się było poczuć jak w katedrze. Z daleka zaś wyglądało to jak siwa głowa starej panny młodej, otulona tiulowym welonem. Kobieta nie widziała jednak piękna jeziora. Po mniej więcej dwóch minutach przymknęła okno i odwróciła się do Gryfonki. Twarz miała ściągniętą smutkiem.
- To, o czym będziemy rozmawiać nie należy do przyjemnych rzeczy. Musisz się jednak dowiedzieć. Profesor Dumbledore zabronił mi mówienia ci czegokolwiek, ale tym razem uważam, że nie miał racji. Nie patrz tak na mnie, bardzo szanuje autorytet profesora Dumbledora, lecz okłamywanie cię…lub jak to niektórzy twierdzą…”trzymanie w niewiedzy” – tu jej głos zabrzmiał ironicznie – jest co najmniej niewłaściwe, jeśli nie niebezpieczne. Tak, nie-bez-pie-czne.
Hermiona pobladła lekko. Nie spodziewała się aż tak poważnych wiadomości.
- Co…Ale o co właściwie chodzi, pani profesor? – odważyła się zapytać.
- O to.
Dyrektorka wzięła do ręki leżący na biurku opasły tom. Był on zakurzony, oprawiony w mocno już wytartą, brązową skórę. Przewertowała go i w końcu otworzyła na którejś ze stron.
- Proszę, przeczytaj to.
Dziewczyna wzięła księgę i spojrzała na rysunek. Przedstawiał niebo z księżycem w pełni i gwiazdami, które układały się w ogromne koło. W kole tym znajdował się kwadrat z gwiazd, a w kwadracie dwie splecione komety. Pod rysunkiem widniała krótka notatka, napisana odręcznie piórem.
Dnie i noce cierp, pełny bądź żalu, lecz gdy poczujesz miłość, cierp podwójnie, bo to jedyna droga.
- Nie rozumiem – podniosła znad książki czekoladowe oczy.
- Ja również nie rozumiałam. Dopiero profesor Dumbledore wyjaśnił mi…Ten rysunek, jak widzisz, przedstawia koło i kwadrat. Mężczyznę w kobiecie.
- Zdawało mi się, że mężczyznę oznacza się przez trójkąt – zauważyła rozsądnie.
- Dyrektor ma z pewnością powody, aby interpretować to na taki sposób. Dwie komety – dwie dusze. Księżyc w pełni – przyznaję, że nie rozumiem.
- Ale…jaki to ma związek ze mną? –spytała nieśmiało.
- Istnieje przepowiednia, że kobieta półkrwi, o wyglądzie pasującym do twojego, pozna prawdziwą miłość i choć wcześniej cierpiała…
- …w miłości będzie cierpieć podwójnie – skinęła głową.
- Gdy skończy siedemnasty rok życia. Kiedy to?
- 19 września. Ale…przepraszam pani profesor, ale to dość niedorzeczne. Ja nie mam żadnych dowodów.
- Ja również nie, panno Granger. Mam tylko słowo profesora Dumbledora i jemu ufam.
- A mimo to mówi mi pani o tym, choć…
- Dosyć, panno Granger – ton głosu wicedyrektorki z przyjaznego zmienił się w gniewny i ostry – To wszystko, co chciałam pani powiedzieć. Do widzenia.
- Ale ja…Nie, nie, nie, ja muszę się dowiedzieć… - książka wypadła jej z rąk. Wycofała się do drzwi. – Oczywiście – powiedziała sucho – Dziękuję za powiadomienie.
Trzask. Już jej nie było. Minerwa ukryła twarz w dłoniach. Nie tak miało się to odbyć. Nie tak miała opowiedzieć o przepowiedni i o tym, co powiedział dyrektor. „To jeszcze dziecko, Minerwo…Niech dorośnie…Poczekajmy jeszcze…”. Ale ileż można czekać? Mieliby powiedzieć jej to w siedemnaste urodziny? Bolało ją oszustwo, lecz była pewna, że postąpiła właściwie.
.........................................................................................................
Hermiona wrzuciła ze złością kamień do jeziora. To wszystko wydawało jej się zbyt nieprawdopodobne. Książka wyglądała na bardzo starą, takie przepowiednie zazwyczaj są przeinaczane. Nie, to nie było o niej, na pewno. Ileż jest szlam w czarodziejskim świecie? Ile jest kobiet bądź dziewczyn podobnych do niej? Prawdziwa miłość…Jak z „Jeziora Łabędziego”. Ale ona nie była Odettą, a życie to nie bajka. Miłość…Rzecz niezrozumiała. Dziewczyna intuicyjnie wyczuwała, że nie jest jeszcze na nią gotowa.
- Coś się stało? – usłyszała nad sobą zatroskany głos.
- Nie, Harry…Nic takiego, naprawdę…
W końcu cóż to znaczyło wobec jego problemów?
- Hej, przecież widzę, że coś jest nie tak.
Usiadł obok niej, położył głowę na kolanach i spoglądał na jej lewy profil.
- Gdzie Ron?
- W Pokoju Wspólnym. Kłóci się z Ginny. Miałem już dosyć ich wrzasków, więc poszedłem sobie na spacer. Dalej nie dowiedziałem się, co się stało.
- Powiedziałam ci już: nic – odparła nieco zbyt głośno – Nie rozumiem, o co ci chodzi.
Zapadła cisza.
- Hermiona…dlaczego ty uważasz, że nie masz prawa do uczuć?
- Że…co?!
- Dlaczego myślisz, że nad każdym wolno się litować, wolno przystawać, tylko nie nad tobą?
- Nie potrzebuje litości – burknęła. I natychmiast pożałowała tych słów. Ale znów, znów nie wiedziała, jak je cofnąć. Chłopak zmarszczył brwi, odwrócił głowę i zaczął obserwować małego ptaszka, próbującego schwytać rybkę. Chciał być miły, chciał ją pocieszyć, zdawało mu się, że rzeczywiście tak myślała. Pomylił się? W każdym razie znowu zrobił coś nie tak. Nie przyszło mu do głowy, że jego przyjaciółka tak bardzo lituje się nad nim, że pomysł, aby on miał zlitować się nad nią wydaje jej się niedorzeczny. „Nie potrzebuję litości”.
- Ja…ja po prostu…
- Nie, nic się nie stało. Nie powinienem mieszać się w nie swoje sprawy. To ja przepraszam, naprawdę – odrzekł szorstko.
- Nie…Harry, proszę…Przecież widzę, że się gniewasz… - powiedziała cicho.
- Ależ skąd, nie gniewam się. Wcale a wcale – mruknął ironicznie.
- Harry!
- No co?!
- Co ja takiego zrobiłam?
- Nic, przecież powiedziałem. To ty widzisz problem.
- Nie, to ty nie chcesz mi wybaczyć! Wyrwało mi się! Proszę, nie bądź taki.
Odwrócił się powoli, zaskoczony tonem jej głosu.
- Hermiona, ja się nie gniewam. Nie zimno ci?
- Zimno…
- Chodź, wracajmy do zamku.
- Nie, nie chce.
Nie odpowiedział nic. Od tej chwili żadne nie powiedziało już ani słowa. Siedzieli tylko obok siebie, nie myśląc o niczym. Nie było im dobrze, ale przynajmniej nie było już tak źle, jak przed chwilą.
.........................................................................................................
Ron miotał się po Pokoju Wspólnym.
- Bo gdyby całowała się z kimś normalnym! Gdyby z kimś normalnym, to bym zrozumiał! Ale on nie jest normalny i ty Harry dobrze o tym wiesz, więc się nie śmiej!
- Ależ…wcale się nie…
- Tylko dlaczego z nim?! Czemu nie z tobą na przykład?!
- Też tego nie wiem – przyznał Harry. Przyjaciel zerknął na niego podejrzliwie:
- Ale to nie znaczy, że byś chciał?
- Nie – zaprzeczył szybko.
- No!
- A z kim się całowała? – spytała nieśmiało Hermiona.
- Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? – łypnął na nią ponuro.
- Całkowicie.
- Z Johnem Andrewsem. To laluś.
- Nie jest taki zły – droczył się kumpel.
- Harry!
Nagle dziura pod portretem otwarła się gwałtownie i wpadła dziewczynka z przedziału. Była blada i przejęta.
- Szybko! – krzyknęła – Uciekajmy! Śmierciożercy są w Hogwarcie!
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Harry siedział w przedziale z dziewczynką. Obserwował ją z nudów ukradkiem. Ale mała wpatrywała się w okno i rysowała coś palcem na szybie. Tak minęło kilkanaście minut. Drzwi przedziału otwarły się.
- Coś z wózka? – zapytała starsza, miła czarownica.
- Tak. Proszę dwadzieścia czekoladowych żab, dwa pudełka fasolek i trzy pałeczki lukrecjowe…Przepraszam, ty też coś kupujesz?
Pokręciła głową nie odrywając wzroku od okna. Chłopiec zapłacił, usiadł i rozpakował pierwszą żabę.
- Popatrz.
Nagle pociągnęła go za rękaw. Zaintrygowany podniósł oczy znad słodyczy i spojrzał w kierunku wskazanym przez nią. Na szybie był wymalowany ogromny kwiat o przepięknie ułożonych płatkach. Wyglądał jak prawdziwy. Gryfon wstał i podszedł bliżej. Teraz zauważył, że na środku powpisywane były inicjały: A.M., G.M. i P.M. Dwa pierwsze były na górze, a trzeci na dole pomiędzy nimi. Obok zostało jeszcze miejsce.
- Zastanawiasz się, co tam będzie? Kiedyś będzie tak… - namalowała palcem E.M. i jednym szybkim ruchem zmazała rysunek.
- Co to…co to za litery? – wyjąkał Harry.
- George, Annie i Patrycia McGregory – odpowiedziała obojętnie.
- Kim oni są?
- Patty jest córką tamtych – machnęła ręką w nieokreślonym kierunku. Chciał nadal zadawać pytania, ale drzwi znów się otwarły.
- Ronaldzie, jeszcze raz zrobisz coś podobnego, a poskarżę profesor MacGo…
- Dobrze, dobrze – rudowłosy opadł na fotel. Hermionę zatkało z oburzenia. Przez chwilę obserwowała z dezaprobatą Rona rzucającego się na jedzenie, po czym wyciągnęła książkę i pogrążyła się w lekturze. Chłopiec przewrócił oczami i otworzył fasolki. Ale Harry nie był w nastroju do żartów. Tajemniczy rysunek zaniepokoił go. Nie wiedzia, o co chodziło szarookiej współpasażerce i pragnął się tego dowiedzieć.
......................................................................................................
Draco usiadł obok Zabiniego. Nigdy nie rzucał się na siedzenie ani nie opadał na nie bezwładnie, ale siadał dystyngowanie. Nie na darmo w jego żyłach płynęła błękitna krew. Miał bardzo bladą karnację, miękkie rysy twarzy, szczupłe dłonie i ogromne szaro-zielone oczy, w których kochała się połowa dziewcząt ze Slytherinu. Był też jak do tej pory strasznie rozpieszczonym i rozwydrzonym chłopczykiem. Dopóki nie dorósł i nie stał się znękanym, przerażonym chłopcem. Jednak nikt tej zmiany nie zauważył. Jego przyjaciele zauważyliby, gdyby z jego skrytki zniknęła połowa złota, no ostatecznie gdyby zaatakował go wielki rekin ludojad, ale na takie szczegóły nie zwracali uwagi. Pansy była gotowa pisać za niego zadania, kłamać na jego korzyść i masować mu plecy, ale nie posiadała zbyt dużej zdolności empatii, choć była właściwie dobrą, oddaną, choć nieco zbyt naiwną i zaślepioną dziewczyną. Blaisowi zdarzało się czasami ujawniać, że ma coś takiego jak uczucia, ale było to na tyle rzadko i tak dawno, że prawie się nie liczyło. Mimo to Malfoy nie czuł się samotny. Właśnie dlatego, że był Malfoyem. Nie miał prawa czuć. Nie potrafił. I nie chciał. To dałoby mu tylko jeszcze więcej strachu.
.........................................................................................................
Hermiona wysiadła z pociągu. Rozpadało się na dobre, a wiatr poświstywał w koronach drzew. W oddali majaczyły najwyższe wieże Hogwartu. Odgarnęła mokre włosy z twarzy. Pociągnęła mocno za rączkę kufra. Wydostała się z tłumu i schroniła pod najbliższym drzewem. Otuliła się mocniej szatą i uśmiechnęła w duchu. Kojarzyło jej się to ze sceną z kiczowatego, mugolskiego teledysku. „Teraz brakuje jeszcze tylko nieszczęśliwej miłości” – pomyślała z przekąsem. W jej ironii było jednak trochę tęsknoty. Tęsknoty za czymś nieokreślonym. Może za tym, żeby przytulić się do kogoś i nie czując już nic, poczuć wszystko. Wreszcie…Prawdziwego przyjaciela. Właśnie tego jej było trzeba. Kogoś, komu mogłaby zaufać, ktto zrozumiałby ją i pomógł jej czuć. Po prostu dobrego, dzielnego człowieka. Harry i Ron…Oczywiście, brakowałoby im jej, gdyby nagle zniknęła, ale czyż nie uważali, że jest męcząca? Czy nie nadawała się tylko do odrabiania zadań? Czy nie miała żadnych innych zalet oprócz intelektu? W porę jednak zauważyła, że zaczyna się nad sobą rozklejać. Ostatni raz pociągnęła nosem i poszła w stronę powozów. Przy jednym z nich stali Harry, Ron i Ginny. Uśmiechnęła się mimowolnie. Nad czym płakała? Przecież miała wszystko. Tak cenną inteligencję, rodzinę, przyjaźń. Tak, nie było nad czym rozpaczać. Należało się cieszyć. Na przekór wszystkiemu, choćby się świat zawalił, należało się cieszyć.
.........................................................................................................
Ceremonia Przydziału została zakończona, kolacja zjedzona, dyrektor wygłosił swoją przemowę, a większość młodszych uczniów spała już w swoich łóżkach. Hermiona, Harry i Ron siedzieli w Pokoju Wspólnym przy kominku. Chłopcy przed chwilą złożyli szachy i teraz wszyscy w trójkę zaśmiewali się z Rona, który udawał Slughorna.
- A widzieliście jak on chodzi? O tak! – zerwał się z fotela i jęknął, ponieważ uderzył kolanem o stolik. Trójka przyjaciół znów wybuchnęła śmiechem.
- Ale z ciebie niezdara – pisnęła Hermiona chichocząc.
- No w każdym razie…on to robi jakoś tak nisko…wiecie, jak na trzech nog…sorry, łapach…jak kulawy pies…w życiu nie widziałem takiego podobieństwa…
Hermiona aż się skręciła z radości, ale śmiech zamarł na jej wargach, gdy zobaczyła wyraz twarzy Harrego.
- No – powiedziała sztucznie wesoło – Pora spać, jutro zaczynają się lekcje.
- Taa – mruknął Ron, który najwyraźniej niczego nie zauważył – Idziesz, Harry?
- Nie…gdzieś upuściłem wieżę. Poszukam jej.
- To do jutra.
- Do jutra.
Chłopak wbiegł do dormitorium. Hermiona odprowadziła go wzrokiem.
- Harry – powiedziała miękko – Nie przejmuj się. Zresztą on…na pewno tego nie zrobił specjalnie. Nie zauważył po prostu…
- W porządku – odpowiedział drżącym głosem – Przecież to i tak niemożliwe, żebym reagował na…każdą…głupią…
- Harry! Ty…płaczesz?...
Zsunęła się z kanapy i objęła go delikatnie. Zamarł na chwilę, a potem rozluźnił się i oddał jej uścisk.
- Ciii…już dobrze… - powtarzała coś bez sensu, gładząc go machinalnie po gęstych włosach.
- Hermiona…
- Uhm?
- Dzięki, że jesteś.
Znieruchomiała na chwilę, zalana gwałtowną falą ciepła i czułości. W wielu książkach natrafiała na podobny tekst, ale po raz pierwszy usłyszała cos takiego.
- Od czegoś ma się przyjaciół – odpowiedziała jednak dzielnie. Spojrzała na jego przymknięte oczy. Nie wypływały już spod nich łzy. Puściła go, przytrzymała jeszcze tylko na chwilę dłoń.
- Jeśli będzie ci ciężko…pamiętaj, że zawsze możesz przyjść – szepnęła. Skinął głową i spojrzał na nią z wdzięcznością. Nie przyszedłby. Wiedziała o tym.
.........................................................................................................
- O rany…jakie ja dzisiaj miałem sny – Ron wymachiwał parówką. Wszyscy w trójkę jedli właśnie śniadanie. Hermiona nalała sobie soku dyniowego, uśmiechając się ironicznie.
- Nic dziwnego. Jak się tyle je na kolację…
Chłopak obrzucił ją potępiającym spojrzeniem.
- Nie śmiej się Hermiono. Sny mają wielką moc.
- Tak – powiedział Harry obojętnie.
- No widzisz! Sny potrafią zmienić bieg wydarzeń.
- Zgadza się.
- A to co? Druga Trelawney?
- Echchch… na pewno nie chcecie posłuchać?
- Nie. Obawiamy się, że moglibyśmy już nigdy nie przyjść do siebie po takiej relacji.
Dziewczyna zerknęła na przyjaciela. Mówił zupełnie poważnie, ale w oczach miał figlarne błyski. Nikt, kto by go nie znał, nie odgadłby, co działo się z nim wczoraj. Teraz oboje z Ronem walili się po głowach widelcami. „Zupełne dzieci” – przemknęło jej przez głowę.
- Panie Potter, panie Weasley!
Znieruchomieli i rzucili na opiekunkę przepraszające spojrzenia, choć żaden nie mógł pozbyć się szerokiego uśmiechu. Po chwili mieli już swoje plany lekcji. Hermiona mogła oczywiście kontynuować wszystkie wybrane przedmioty.
- Proszę przyjść do mojego gabinetu po zajęciach – usłyszała szept nad swoim uchem. Obróciła się szybko, ale wicedyrektorka rozdawała plany nadal.
- O co chodzi? – Ron wychylił się przez jej ramię.
- O nic – odparła szybko – Najpierw mamy eliksiry. Chodźmy już lepiej!
always-in-love
Nastrój:
tagi:
Prolog
piątek, 21.września.2007, 21:21
Notka jest (jak widać) wstepem do kolejnych, które będą pisane w nieco inny sposób. Nie jestem zbyt "oblatana" w sprawach graficznych więc blog nie będzie wyglądał idealnie. Ale myślę, że szybko się wprawię i będzie mi szło coraz lepiej. Doświadczoną pisarką też nie jestem i właśnie na tym blogu chcę doskonalic mój warsztat. Będę bardzo wdzięczna za szczerą opinię i krytykę. Następne odcinki będą mam nadzieję coraz dłuższe.
........................................................................................................
Słońce powoli wzeszło i wyjrzało zza pagórków. Oświetliło mały ogródek, w którym kwitło mnóstwo pięknych kwiatów. Najwięcej było róż. Czerwonych, różowych, białych, herbacianych…Wszystko to razem tworzyło nieco zbyt pstrokatą, ale bardzo przyjemną dla oka feerię barw. Promienie ślizgały się po białych ścianach domku i zaglądały w okna. W jednym z nich zasłony nie były zasłonięte. Na parapecie stała doniczka z piękną, czerwoną pelargonią. Koło okna, w łóżku z jasnego drewna, otulona białą pościelą spała dziewczyna o gęstych, wijących się włosach i długich rzęsach rzucających cienie na blade policzki. Pod jej brodą spoczywała gruba książka. Spała spokojnie, uśmiechała się delikatnie przez sen. Na szafce nocnej zaterkotał budzik. Hermiona mruknęła, kopnęła w szafę za łóżkiem i wyłączyła go. Nie zasnęłaby już jednak. Wstała niechętnie i założyła szlafrok. Przed wyjściem do łazienki rzuciła szybkie spojrzenie na kalendarz i rozpromieniła się natychmiast. Już dziś miała jechać do Hogwartu, gdzie wreszcie spotka wszystkich swoich przyjaciół. W te wakacje nie mogła jak zwykle pojechać do Nory. Lord Voldemort powrócił i na świat czarodziejów padł blady strach. Dziewczyna nie opowiedziała o tym rodzicom. Nie chciała ich straszyć. Zresztą zagrożenie nie było teraz jej jedynym problemem. Harry Potter, jej najlepszy przyjaciel, nie odpowiedział jak dotąd na żadny z jej listów. Hermionie było bardzo smutno z powodu śmierci Syriusza, wiele płakała, jednak było to nic w porównaniu do tego, co musiał przeżywać Harry. Tak bardzo chciałaby mu pomóc. Niestety, po raz kolejny w swym szesnastoletnim życiu przekonała się, że nie wszystko można rozwiązać przy pomocy książek i odrobinie inteligencji. Nie brakowało jej wprawdzie kobiecej mądrości i intuicji, ale nie ceniła dotąd tych cech. Teraz czasami chciała po prostu umieć kogoś przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze…i zrobić to w odpowiedni sposób. Nie była nieczuła, w żadnym wypadku. Uważała jednak okazywanie uczuć za słabość. W głębi duszy jednak była ogromnie wrażliwa i odczuwała każdą przykrość o wiele mocniej niż inni.
(...) wszystko już potem za mało
choćby się łzy wypłakało
nagie niepewne
........................................................................................................
Draco Malfoy mimo wczesnej pory już dawno był na nogach. Miał dziś ostatecznie dowiedzieć się, na czym polegało będzie zadanie, które otrzyma. Nie, nie czuł dumy. Bał się. To uczucie rządziło nim najsilniej. Zawsze był tchórzem, odkąd pamiętał. A przynajmniej był o tym przekonany. Nie wiedział bowiem, że odważny nie jest ten, kto się nie boi, ale ten kto wie, że są rzeczy ważniejsze niż strach. Chłopiec zamyślił się. Całe jego życie było rozpaczliwie puste. Nigdy nie był wychowywany, raczej hodowany, jak mały piesek do skakania przez obręcze. Niestety on był hodowany do zabijania ludzi. Od małego uczył się, że mugole są gorsi. To oni spalali ich przodków na stosach, to oni wyrażali się o ludziach magicznych pogardliwie i bali się wymówić słowo „magia”. Należało ich wytępić. Należało przejąć władzę. A raczej należało pozwolić przejąć ją Czarnemu Panu. Draco nie był jednak chciwy ani żądny władzy. Pragnął tylko spokoju i bezpieczeństwa. On też walczył tylko o to. Tyle, że po drugiej stronie.
Straciłem wiarę (...)
nie wierzę w ogóle w koniec
.........................................................................................................
Brązowowłosa Gryfonka rozglądała się na wszystkie strony. Weasleyie zazwyczaj się spóźniali. Niegdzie nie mogła ich dojrzeć.
- Mamo, tato – powiedziała wreszcie – Nie wiadomo, kiedy oni przyjdą. Lepiej już pójdę, zajmę miejsce w przedziale.
- Chyba tak.
Głos Jane Granger posmutniał. Ciężko jej było znów rozstać się z ukochaną jedynaczką. Hermiona natychmiast to wyczuła, ale nie powiedziała nic. Stała tylko sztywno ze wzrokiem wbitym w adidasy. Matka uściskała ją mocno.
- Trzymaj się kochanie. Ucz się pilnie, zresztą o tym chyba nie trzeba ci przypominać – mrugnęła do niej. Dziewczyna zaśmiała się. Chwila niebezpiecznego sentymentalizmu uciekła. Znów można było być spokojnym. Wycałowała rodziców i przeszła przez barierkę na peron 9 i ¾. Rozejrzała się i zauważyła prędko rude czupryny rodziny Rona. Podeszła do nich.
- Hermiona! Cześć! – usłyszała za sobą. Obróciła się z szerokim uśmiechem. Ron strasznie urósł, opalił się i włosy jakby mu ściemniały. Z zaskoczeniem stwierdziła, że jest prawie przystojny.
- Cześć! Jak miło znów was wszystkich zobaczyć! Dzień dobry pani Weasley!
- Witaj kochanie. Musicie się pośpieszyć, pociąg za chwilę odjedzie.
Dziewczyna zarumieniła się, ale zrobiło się jej bardzo przyjemnie. Wiedziała już, że wszyscy w myślach kojarzyli ją z Ronem. Ron był cudownym człowiekiem, posiadał mnóstwo ukrytych zalet, ale brakowało mu tej romantycznej, pociągającej nutki, którą powinien mieć każdy wymarzony chłopak młodej, naiwnej dziewczyny. Chciała czegoś więcej. Mimo wszystko pragnęła miłości, chociaż była rozsądna. Na pewno nie przed ukończeniem szkoły, dobrego szkolenia, znalezieniu pracy, wygraniu z Voldemortem. Potem mogła już spotykać swojego księcia z bajki. Na razie nie miała czasu.
(…) wiesz, że jeśli miłość to tak jak wieczność
bez przed i potem
.........................................................................................................
Trójka przyjaciół zaśmiewała się głośno szukając wolnego przedziału. Chłopcy opowiadali Hermionie o nowych, udoskonalonych wyrobach braci Rona i o ich sklepie oraz o tym, jak miło spędzili czas. Dziewczyna nie powiedziała nic, ale robiło jej się przykro na myśl, że jej przyjaciele świetnie się bawili, podczas gdy ona nudziła się w domu. Nie rozumiała, dlaczego nie mogła przyjechać do Rona, skoro mógł zrobić to Harry. Dumbledore stwierdził jednak, że tak będzie bezpieczniej. Bezpieczniej? Dla kogo? Jeżeli już w Norze miało być niebezpiecznie, to chyba Harry znajdował się w o wiele większym zagrożeniu niż ona.
- O, tu jest wolne. Hermiona? Jesteś z nami? – czarnowłosy szturchnął ja delikatnie.
- Tak, tak, jestem. Przepraszam, możemy się dosiąść?
Drobna szatynka siedząca przy oknie obróciła się. Spod czupryny spoglądało smutno dwoje szarych oczu. Skinęła głową. Weszli i wrzucili kufry nad fotele. Hermiona usiadła obok dziewczynki, a Harry i Ron naprzeciwko nich. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Pociąg ruszył.
- My…chyba powinniśmy…powinniśmy... – zająknął się Ron. Obecność nieznajomej dziewczynki krępowała go, nie wiedzieć czemu.
- …pójść do wagonu prefektów – pomogła mu Hermiona. Ona także czuła się nieswojo.
- Mmm…Harry, kup mi czekoladowe żaby. Tu masz kasę…
- Daj spo… - zaczął chłopak, ale szybko umilkł pod ostrzegawczym spojrzeniem przyjaciółki. Rudzielec był bardzo wrażliwy na punkcie pieniędzy i nie lubił, gdy ktoś się nad nim litował.
- Jasne.
Wyszli z ulgą.
- O ja cię…Dobrze, że się urwaliśmy. To dziecko jest jakieś dziwne.
Ron zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć, że wszystkich dziwnych powinno się natychmiast oddać do czubków.
- Nnnie… - odpowiedziała mu przeciągle – Jej jest z jakiegoś powodu smutno…Może boi się pierwszego dnia w szkole. Wiesz, jak to bywa. Wyglądała mi na pierwszą klasę. Może powinniśmy jej pomóc. No wiesz, jakoś pocieszyć…pokazać coś…
- Nie ma mowy! Wystarczy, że musimy się użerać z tymi karzełkami w Hogwarcie, nie zamierzam zaczynać już w pociągu!
- Ron!
Jednak nie umiała się nie roześmiać widząc jego minę pełną przerażenia na samą myśl o takiej możliwości. Tak rozmawiając dotarli do wagonu prefektów. Weszli i zajęli miejsca. Tak jak się spodziewali, byli jednymi z pierwszych. Po mniej więcej dziesięciu minutach zebrali się już wszyscy. Profesor McGonagall wstała i zaczęła mówić, a Hermiona dosłownie chłonęła każde jej słowo. Ron spoglądał na nią z uśmiechem. Ta czarująca, inteligentna dziewczyna była jego marzeniem już od przeszło dwóch lat. I kiedyś będzie jego. Wiedział to.
always-in-love
Nastrój:
tagi: