Harry siedział w przedziale z dziewczynką. Obserwował ją z nudów ukradkiem. Ale mała wpatrywała się w okno i rysowała coś palcem na szybie. Tak minęło kilkanaście minut. Drzwi przedziału otwarły się.
- Coś z wózka? – zapytała starsza, miła czarownica.
- Tak. Proszę dwadzieścia czekoladowych żab, dwa pudełka fasolek i trzy pałeczki lukrecjowe…Przepraszam, ty też coś kupujesz?
Pokręciła głową nie odrywając wzroku od okna. Chłopiec zapłacił, usiadł i rozpakował pierwszą żabę.
- Popatrz.
Nagle pociągnęła go za rękaw. Zaintrygowany podniósł oczy znad słodyczy i spojrzał w kierunku wskazanym przez nią. Na szybie był wymalowany ogromny kwiat o przepięknie ułożonych płatkach. Wyglądał jak prawdziwy. Gryfon wstał i podszedł bliżej. Teraz zauważył, że na środku powpisywane były inicjały: A.M., G.M. i P.M. Dwa pierwsze były na górze, a trzeci na dole pomiędzy nimi. Obok zostało jeszcze miejsce.
- Zastanawiasz się, co tam będzie? Kiedyś będzie tak… - namalowała palcem E.M. i jednym szybkim ruchem zmazała rysunek.
- Co to…co to za litery? – wyjąkał Harry.
- George, Annie i Patrycia McGregory – odpowiedziała obojętnie.
- Kim oni są?
- Patty jest córką tamtych – machnęła ręką w nieokreślonym kierunku. Chciał nadal zadawać pytania, ale drzwi znów się otwarły.
- Ronaldzie, jeszcze raz zrobisz coś podobnego, a poskarżę profesor MacGo…
- Dobrze, dobrze – rudowłosy opadł na fotel. Hermionę zatkało z oburzenia. Przez chwilę obserwowała z dezaprobatą Rona rzucającego się na jedzenie, po czym wyciągnęła książkę i pogrążyła się w lekturze. Chłopiec przewrócił oczami i otworzył fasolki. Ale Harry nie był w nastroju do żartów. Tajemniczy rysunek zaniepokoił go. Nie wiedzia, o co chodziło szarookiej współpasażerce i pragnął się tego dowiedzieć.
......................................................................................................
Draco usiadł obok Zabiniego. Nigdy nie rzucał się na siedzenie ani nie opadał na nie bezwładnie, ale siadał dystyngowanie. Nie na darmo w jego żyłach płynęła błękitna krew. Miał bardzo bladą karnację, miękkie rysy twarzy, szczupłe dłonie i ogromne szaro-zielone oczy, w których kochała się połowa dziewcząt ze Slytherinu. Był też jak do tej pory strasznie rozpieszczonym i rozwydrzonym chłopczykiem. Dopóki nie dorósł i nie stał się znękanym, przerażonym chłopcem. Jednak nikt tej zmiany nie zauważył. Jego przyjaciele zauważyliby, gdyby z jego skrytki zniknęła połowa złota, no ostatecznie gdyby zaatakował go wielki rekin ludojad, ale na takie szczegóły nie zwracali uwagi. Pansy była gotowa pisać za niego zadania, kłamać na jego korzyść i masować mu plecy, ale nie posiadała zbyt dużej zdolności empatii, choć była właściwie dobrą, oddaną, choć nieco zbyt naiwną i zaślepioną dziewczyną. Blaisowi zdarzało się czasami ujawniać, że ma coś takiego jak uczucia, ale było to na tyle rzadko i tak dawno, że prawie się nie liczyło. Mimo to Malfoy nie czuł się samotny. Właśnie dlatego, że był Malfoyem. Nie miał prawa czuć. Nie potrafił. I nie chciał. To dałoby mu tylko jeszcze więcej strachu.
.........................................................................................................
Hermiona wysiadła z pociągu. Rozpadało się na dobre, a wiatr poświstywał w koronach drzew. W oddali majaczyły najwyższe wieże Hogwartu. Odgarnęła mokre włosy z twarzy. Pociągnęła mocno za rączkę kufra. Wydostała się z tłumu i schroniła pod najbliższym drzewem. Otuliła się mocniej szatą i uśmiechnęła w duchu. Kojarzyło jej się to ze sceną z kiczowatego, mugolskiego teledysku. „Teraz brakuje jeszcze tylko nieszczęśliwej miłości” – pomyślała z przekąsem. W jej ironii było jednak trochę tęsknoty. Tęsknoty za czymś nieokreślonym. Może za tym, żeby przytulić się do kogoś i nie czując już nic, poczuć wszystko. Wreszcie…Prawdziwego przyjaciela. Właśnie tego jej było trzeba. Kogoś, komu mogłaby zaufać, ktto zrozumiałby ją i pomógł jej czuć. Po prostu dobrego, dzielnego człowieka. Harry i Ron…Oczywiście, brakowałoby im jej, gdyby nagle zniknęła, ale czyż nie uważali, że jest męcząca? Czy nie nadawała się tylko do odrabiania zadań? Czy nie miała żadnych innych zalet oprócz intelektu? W porę jednak zauważyła, że zaczyna się nad sobą rozklejać. Ostatni raz pociągnęła nosem i poszła w stronę powozów. Przy jednym z nich stali Harry, Ron i Ginny. Uśmiechnęła się mimowolnie. Nad czym płakała? Przecież miała wszystko. Tak cenną inteligencję, rodzinę, przyjaźń. Tak, nie było nad czym rozpaczać. Należało się cieszyć. Na przekór wszystkiemu, choćby się świat zawalił, należało się cieszyć.
.........................................................................................................
Ceremonia Przydziału została zakończona, kolacja zjedzona, dyrektor wygłosił swoją przemowę, a większość młodszych uczniów spała już w swoich łóżkach. Hermiona, Harry i Ron siedzieli w Pokoju Wspólnym przy kominku. Chłopcy przed chwilą złożyli szachy i teraz wszyscy w trójkę zaśmiewali się z Rona, który udawał Slughorna.
- A widzieliście jak on chodzi? O tak! – zerwał się z fotela i jęknął, ponieważ uderzył kolanem o stolik. Trójka przyjaciół znów wybuchnęła śmiechem.
- Ale z ciebie niezdara – pisnęła Hermiona chichocząc.
- No w każdym razie…on to robi jakoś tak nisko…wiecie, jak na trzech nog…sorry, łapach…jak kulawy pies…w życiu nie widziałem takiego podobieństwa…
Hermiona aż się skręciła z radości, ale śmiech zamarł na jej wargach, gdy zobaczyła wyraz twarzy Harrego.
- No – powiedziała sztucznie wesoło – Pora spać, jutro zaczynają się lekcje.
- Taa – mruknął Ron, który najwyraźniej niczego nie zauważył – Idziesz, Harry?
- Nie…gdzieś upuściłem wieżę. Poszukam jej.
- To do jutra.
- Do jutra.
Chłopak wbiegł do dormitorium. Hermiona odprowadziła go wzrokiem.
- Harry – powiedziała miękko – Nie przejmuj się. Zresztą on…na pewno tego nie zrobił specjalnie. Nie zauważył po prostu…
- W porządku – odpowiedział drżącym głosem – Przecież to i tak niemożliwe, żebym reagował na…każdą…głupią…
- Harry! Ty…płaczesz?...
Zsunęła się z kanapy i objęła go delikatnie. Zamarł na chwilę, a potem rozluźnił się i oddał jej uścisk.
- Ciii…już dobrze… - powtarzała coś bez sensu, gładząc go machinalnie po gęstych włosach.
- Hermiona…
- Uhm?
- Dzięki, że jesteś.
Znieruchomiała na chwilę, zalana gwałtowną falą ciepła i czułości. W wielu książkach natrafiała na podobny tekst, ale po raz pierwszy usłyszała cos takiego.
- Od czegoś ma się przyjaciół – odpowiedziała jednak dzielnie. Spojrzała na jego przymknięte oczy. Nie wypływały już spod nich łzy. Puściła go, przytrzymała jeszcze tylko na chwilę dłoń.
- Jeśli będzie ci ciężko…pamiętaj, że zawsze możesz przyjść – szepnęła. Skinął głową i spojrzał na nią z wdzięcznością. Nie przyszedłby. Wiedziała o tym.
.........................................................................................................
- O rany…jakie ja dzisiaj miałem sny – Ron wymachiwał parówką. Wszyscy w trójkę jedli właśnie śniadanie. Hermiona nalała sobie soku dyniowego, uśmiechając się ironicznie.
- Nic dziwnego. Jak się tyle je na kolację…
Chłopak obrzucił ją potępiającym spojrzeniem.
- Nie śmiej się Hermiono. Sny mają wielką moc.
- Tak – powiedział Harry obojętnie.
- No widzisz! Sny potrafią zmienić bieg wydarzeń.
- Zgadza się.
- A to co? Druga Trelawney?
- Echchch… na pewno nie chcecie posłuchać?
- Nie. Obawiamy się, że moglibyśmy już nigdy nie przyjść do siebie po takiej relacji.
Dziewczyna zerknęła na przyjaciela. Mówił zupełnie poważnie, ale w oczach miał figlarne błyski. Nikt, kto by go nie znał, nie odgadłby, co działo się z nim wczoraj. Teraz oboje z Ronem walili się po głowach widelcami. „Zupełne dzieci” – przemknęło jej przez głowę.
- Panie Potter, panie Weasley!
Znieruchomieli i rzucili na opiekunkę przepraszające spojrzenia, choć żaden nie mógł pozbyć się szerokiego uśmiechu. Po chwili mieli już swoje plany lekcji. Hermiona mogła oczywiście kontynuować wszystkie wybrane przedmioty.
- Proszę przyjść do mojego gabinetu po zajęciach – usłyszała szept nad swoim uchem. Obróciła się szybko, ale wicedyrektorka rozdawała plany nadal.
- O co chodzi? – Ron wychylił się przez jej ramię.
- O nic – odparła szybko – Najpierw mamy eliksiry. Chodźmy już lepiej!
always-in-love
Nastrój:
tagi: