Powinniście mnie zjechać za tę notkę. Jej jedyną zaletą jest to, że jest długa. Ale stwierdziłam, że prowadzę tego bloga prawie od miesiąca, a nie było jeszcze żadnego kontaktu miedzy Draco a Hermioną. W ogóle pisanie o nich mi nie idzie, więc może skasuję tego bloga. Ale póki co - jest nowy rozdział:).
.........................................................................................................
Krzyk…Płacz jakichś rozhisteryzowanych pierwszoklasistów…Rozmazane przez strach błyski ognia na ścianach…Jeden wielki chaos, wrzask. Hermiona zerwała się z dywanu i rozpaczliwie próbowała opanować panikę uczniów. Jednak już po pół minucie zrozumiała, że to bez sensu. Każdy biegł gdzie chce, jedni do dormitoriów po swoje zwierzątka, inni prosto w dziurę pod portretem. „Jezus Maryja, co się z nimi stanie? Gdzie dobiegną, ile osób zginie?” – przemknęło jej przez głowę. Spróbowała zachować spokój. Nie udało się. A więc chociaż rozsądek. Chwyciła różdżkę leżącą na stole i przyłożyła sobie do gardła.
- Sonorus! – jej wzmocniony przez zaklęcie głos poniósł się po Pokoju Wspólnym – Proszę zachować spokój! Proszę zebrać się tutaj przy mnie! W pary proszę!
Ze zdumieniem stwierdziła, że uczniowie jej słuchają. Wprawdzie nie ustawili się w pary, ale stłoczyli przy kominku, jakby podświadomie szukając ciepła. Jeden obok drugiego, wpatrzeni w nią, wyczekujący ratunku. Nagle poczuła kolejny przypływ ciepła. Oni wszyscy na nią liczyli, pokładali w niej nadzieję. Nie mogła ich zawieść. Musiała okazać się godna ufnych, czekoladowych oczu jednego z mniejszych chłopców, musiała sobie poradzić.
- Wszyscy są? – zapytała drżącym głosem. Wybrała prędko najbardziej rozsądnie wyglądające osoby, aby przeliczyły swoje klasy. Przez ten czas sama zastanawiała się, co zrobić. Nie mogli przecież całą watahą przejść przez korytarze Hogwartu, narażając się na śmierć. Ale pozostać tu, to było również to samo, co wydać na siebie wyrok. „Sekundę – pomyślała – Trzeba wysłać kogoś po profesor McGonnagal. Czemu jej tu jeszcze nie ma?”
- Ej, ty! – poszukała wzrokiem dziewczynki – Kto ci powiedział o tych Śmierciożercach? – złapała ją za ramię.
- Nikt…
- Skąd o nich wiesz? – spytała już łagodniej. Mała była rozhisteryzowana i pani prefekt najchętniej wysłałaby ją do Skrzydła Szpitalnego, gdyby była taka możliwość.
- Widziałam…
- Gdzie?
Rozpłakała się jeszcze głośniej. Z westchnięciem puściła ją i zwróciła się do wszystkich:
- Kogo u was brakuje?
- W pierwszej klasie Toma Waltera i Kate Johnson.
- W trzeciej nikogo.
- W drugiej też.
- W czwartej nie ma Claudii Moreno…
- Z piątej brakuje tylko Ginny Weasley.
- W szóstej nie ma Harrego…ale on ci chyba mówił, gdzie idzie.
Nie mówił…
- Tak, tak, mówił, nie martwcie się.
Nie można przecież dopuścić do powtórnej paniki, która z pewnością ogarnęłaby Gryffindor, jeśli dowiedzieliby się, że ich bohater przepadł bez wieści.
- Czy w siódmej nikogo nie brakuje? – zapytała słabym głosem.
- Wszyscy są.
Tak więc nie ma pięciu osób. „To i tak niewiele” – pomyślała gorzko. Tylko co z tymi czterema zaginionymi? I Harrym, głupim bohaterem. Dziewczyna nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że chłopak zamierza sam jeden pokonać Voldemorta i jego sługi. W jej opinii był szalony, szczególnie od powrotu Czarnego Pana.
- Ron, idź po profesor McGonnagal. Ja tu zostanę…z wami – wyrwało jej się. Ktoś ścisnął jej rękę. Obróciła się. To była Parvati, z którą nigdy nie żyła w najlepszej zgodzie. Uśmiechnęła się krzepiąco do hinduski.
- To idę – chłopak był bardzo blady, ale jego głos brzmiał stanowczo.
- Nie! – wrzasnęła nagle Amanda Bynes. Hermiona znała ją z widzenia. Mówiono o niej, że jest dosyć mądrą, dobrą dziewczyną. Wszyscy na nią spojrzeli. Zaczerwieniła się, ale nie opuściła wzroku. Patrzyła na Rona z dziwną determinacją i zarazem strachem.
- Nie idź – powtórzyła.
- Ja pójdę –zaofiarował się nagle Dean.
- Nie…ja – teraz brązowowłosa z trudnością powstrzymała łzy wzruszenia. Gryfoni…”Ach, ta nasza słynna odwaga” – przemknęło jej przez głowę.
- Nie, nie, Neville…To ja powinnam iść.
.........................................................................................................
Hermiona bezszelestnie wyszła na korytarz, okryta peleryną niewidką, odnalezioną przed chwilą w czasie przeszukiwania dormitoriów. Dwoje pierwszoklasistów, jak się okazało, siedziało po prostu w szafie. A Harry…Wiedział, że ktoś pójdzie po pomoc. I chciał pomóc chociażby w tak niepewny sposób. Peleryna nie dawała wielkiego zabezpieczenia i dziewczyna była tego świadoma, lecz zawsze było to coś. Powoli przesuwała się kolejnymi korytarzami, ocierała o lodowate mury, do których przyciskała plecy. Serce waliło jej tak głośno, że zagłuszało wszystkie inne odgłosy, więc nawet nie usiłowała łowić uchem jakiegokolwiek szelestu. Po prostu szła i szła, i chwilami zdawało się jej, że ta wędrówka nie będzie miała końca i że będzie tak iść, póki nie umrze z głodu, lub nie napotka jakiegoś Śmierciożercy. Wreszcie dotarła do ostatniego zakrętu. Oparła się o ścianę i starała uspokoić oddech. Poczuła stróżkę zimnego potu spływającą po plecach. Nie było już czasu. Trzeba było iść…Oderwała się od muru i już, już miała zrobić pierwszy krok, gdy usłyszała za sobą szelest. Zaczęło szumieć jej w głowie, pociemniało w oczach. Ścisnęła mocniej różdżkę w spoconej dłoni i wsparła drugą ręką o ścianę. Miała wrażenie, że klatka piersiowa zaraz jej pęknie. Czekała przez dłuższą chwilę, ale nic nie usłyszała. Rozluźniła się. Jednak w tej samej chwili wyczuła za swoimi plecami czyjąś obecność. Znieruchomiała. Zakręciło jej się w głowie i osunęła się w ciemność.
.........................................................................................................
W mroku powoli rozróżniała jakieś kształty, na początku rozmazane, potem coraz wyraźniejsze. Odetchnęła głęboko.
- Hermiona?
Odetchnęła jeszcze raz, lecz mimo wysiłków nie mogła wymówić ani słowa. Ktoś nad nią wołał, ale nie wiedziała co. Znów wszystko zlało się w jeden wielki szum. Jakaś ręka podniosła ją do pozycji półleżącej i wsunęła palec w usta. Dziewczyna uchyliła je niechętnie. Po chwili poczuła w ustach lekko słodkawy smak jakiejś wyjątkowo lepkiej substancji. Starała się przełknąć, ale nie mogła nawet poruszyć językiem. Płyn wylał jej się z ust. Zakaszlała i podjęła rozpaczliwy wysiłek splunięcia. Opadła na łóżko, lecz prawie od razu została podniesiona z powrotem. Tym razem udało się jej wypić odrobinę lekarstwa. Kształty nabierały ostrości. Obok jej łóżka siedział Ron.
- Hermiona? – szepnął nieśmiało.
Uśmiechnęła się, a właściwie uniosła delikatnie koniuszki warg, ale on zrozumiał. Skinął głową na znak, że jest i nie idzie.
.........................................................................................................
Brązowowłosa szła szybkim krokiem do gabinetu dyrektora. Omdlenie było silne, ale na szczęście krótkotrwałe i niegroźne, więc pani Pomfrey pozwoliła jej wrócić do dormitorium już tego samego dnia. Ron jednak wyszedł, kiedy jeszcze nie mogła rozmawiać i nie dowiedziała się, czy Harry wrócił i jakim sposobem udało się obronić Hogwart. Gdy usłyszała, że po wyjściu ze szpitalika mat iść do Dumbledora, udała się tam natychmiast. Miała nadzieję, że dowie się wszystkiego. Nasuwało się jej mnóstwo pytań. Przed tysiące wątpliwości wybijała się jedna: „Jak oni się tu dostali?”. Szkoła jest przecież nienanoszalna. Oczywiste, że musiał ich wpuścić któryś z nauczycieli. Snape? Nie, przecież Snape był po ich stronie. Nie mogła w to wątpić. A reszta? Nieprawdopodobne! Tak więc któryś z uczniów. Zabawne. Kto? Kto mógłby chcieć czegoś takiego? „Ktoś ze Slytherinu” – pomyślała natychmiast. Ale…kto? Malfoy! Jak mogła być tak ślepa! Oczywiście, że on! Nie panując nad sobą zawróciła i ruszyła w stronę dormitorium slytherińczyków. Schodami w dół…Przebiegła przez korytarz…I do lochów. Harry i Ron mówili, gdzie jest wejście. Kamienna ściana…Która? Nagle usłyszała za sobą kroki.
- Szlama?
Obróciła się i zobaczyła za sobą ciemnoskórego, wysokiego chłopaka.
- Widziałeś Malfoya? – spytała krótko.
- Może… - odparł przeciągle.
- Gdzie jest?
Wskazał ręką na ścianę.
- Tam.
- Możesz go zawołać?
- A co za to dostanę? – oblizał sugestywnie usta.
Krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Roześmiał się i podszedł do ściany. Wyszeptał coś i po chwili wszedł do Pokoju Wspólnego. Została bezradna. Wrzasnęła i uderzyła pięścią o ścianę w bezsilnej złości. Z tyłu ktoś złośliwie zachichotał.
- Malfoy! – wyszarpnęła różdżkę i bezbłędnie rzuciła zaklęcie oszałamiające. Przerażony chłopak nawet nie próbował się bronić. Upadł na podłogę, uderzając głową o kamienną posadzkę. Przez chwilę stała nad nim, dysząc ze złości. A potem zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Wrzasnęła i uklękła obok niego. Chyba nic mu nie było, zresztą nie to się liczyło. Nagle zrozumiała, iż przez chwilę życzyła mu śmierci.
- Co mnie opętało? – szepnęła przerażona. Podniosła z ziemi różdżkę:
- Rennervate.
Powoli poruszył głową i jęknął cicho. Pomogła mu się podnieść.
- Co ty wyrabiasz, idiotko? – wycedził przez żeby.
- Wpuściłeś Śmierciożerców do Hogwartu! – krzyknęła trochę z paniką, trochę ze złością, a trochę jakby usprawiedliwiając się.
- Śniło ci się – stwierdził kategorycznie.
- Nieprawda! Tylko ty mogłeś to zrobić! Twój ojciec służy jemu! – zerwała się na równe nogi.
- Nie tylko mój.
Zapadła cisza.
- No…w każdym razie…kto mógłby być taki wredny? – bąknęła.
- Dziękuję ci – mruknął pod nosem. Spojrzała na niego z ukosa. Śmiał się. Wydawał się po prostu świetnie bawić. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie uderzył się zbyt mocno.
.........................................................................................................
Draco uśmiechnął się mimowolnie. Była taka zabawna ze swoją złością, przerażeniem, które wyraźnie widział w jej oczach i zakłopotaniem. Taka różna od tej zwyczajnej kujonki Granger. Taka nieporadna. Jakby sama nie wiedziała, po co przyszła, co ma zrobić.
- Naprawdę jeszcze nie dowiedziałaś się jak to było? – mówił przeciągając sylaby – Nie wiesz, że nie było żadnych Śmierciożerców? To wszystko wymyśliła ta cała McGregory. Tak więc twoja odwaga…Oczywiście była wspaniała, ale jak widzisz na nic się nie przydała. Spanikowałaś na odgłos kroków Nevilla. Cała szkoła już wie o tym wszystkim.
- Ja… - poczerwieniała – Kłamiesz! Oni tu byli i to ty ich wpuściłeś! Mydlisz mi oczy!
Och, jaka była zabawna. Taka przyjemna z tą swoją zabawnością. Taka…odprężająca. Bardziej niż wyżywanie się na młodszych uczniach.
.........................................................................................................
- To ja…
Nie, nie przeprosi tego idioty. Niech ma. Obróciła się na pięcie i poszła w kierunku wyjścia z lochów. Wtem zorientowała się, że coś jest nie tak. Powoli odwróciła głowę.
- Nie wstajesz, Malfoy?
always-in-love
Nastrój:
tagi: