I chyba znów mi nie wyszło. Ale trudno, trzeba ćwiczyć, to się może kiedyś do czegoś dojdzie. Tak, masz racje Fatal, moja historia nie jest niczym specjalnie dobrym, ale ja o tym wiem. I zamierzam ćwiczyć tak długo, aż naucze się pisać. Jeszcze pół roku temu było dużo gorzej. Za kolejne pół roku będzie może dużo lepiej niz teraz:).
........................................................................................................ Słońce zaszło już cztery godziny temu. Ledwie zarysowany, cieniutki rogalik księżyca słabo oświetlał błonia. Załamania srebrnego blasku ślizgały się po wodzie. Pod rozłożystym dębem siedziała młoda dziewczyna. Włosy przykleiły się jej do wilgotnych od łez policzków, jedna mała kropla lśniła na nosie. Pusty wzrok utkwiła w jednym z okien Hogwartu. Zapewne było to jedno z okien sal lekcyjnych położonych blisko Skrzydła Szpitalnego, jednak Hermiona nie zastanawiała się, czy na pewno patrzy w to właściwe. To, za którego szybami ważyły się właśnie jej losy. Draco Malfoy został ciężko zraniony w głowę. Wszystko zależało od tego, czy przeżyje. Inny wyrok wydadzą na zabójczynię, inny na niedoszłą zabójczynię. Z przerażeniem uświadomiła sobie, iż myśli tylko o tym, co stanie się z nią. Tymczasem tam leżał człowiek, który mógł umrzeć. Przez nią. Przymknęła oczy i po raz kolejny tego wieczoru wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia...
... Zbliżała się powoli do Ślizgona.
- Nie wygłupiaj się - powiedziała niepewnie. Ani drgnął. Leżał z zamkniętymi oczami, z odchyloną na lewy bok głową. Przykucnęła obok niego i dotknęła platynowych włosów. Były zadziwiająco miękkie i jedwabiste, jednak ją przepełniały odrazą, jak cała jego osoba. Odsunęła niesforny kosmyk znad prawego oka i pochyliła się. Patrzyła uważnie w jego zamknięte powieki. Zdawało jej się, czy jedna z nich drgała nieznacznie? Zmarszczyła brwi i prawie położyła swoją twarz na jego. Przez parę sekund nie dał żadnego znaku życia, a potem…Nagle w jej oczy zajrzały jego źrenice, a on zaczął się bezczelnie śmiać. Najpierw krzyknęła ze strachu i poderwała głowę, a potem stało się to. Poczuła zimną wściekłość. Chwyciła go za ramiona, uniosła lekko do góry i potrząsnęła silnie parę razy. Jęknął bezsilnie. Puściła go rzuciła mu ostatnie spojrzenie pełne pogardy. Oczy znów miał zamknięte.
- I dla kogo się tak zgrywasz? - szepnęła z żalem. Żałowała swojego wybuchu, swojej bezsensownej złości. Nie wiedziała, co się z nią stało. Nigdy wcześniej nie zdarzały jej się takie rzeczy. Wstała i poszła prosto do wyjścia. Dopiero przy samych schodach obróciła się. Leżał tak samo jak wtedy, kiedy go zostawiła. Przez chwilę stała niezdecydowana. "On się na pewno zgrywa" - myślała - "Chce cię nabrać, nie powinnaś tam iść". Ale lodowata, dusząca fala niepokoju już ścisnęła ją za płuca. Zdecydowanie zawróciła i pobiegła najszybciej jak mogła. Wydawało jej się, czy za którymś razem uderzyła jego głową o podłogę? Nie, na pewno nie! A jeśli...Upadła na kolana, chwyciła drżącymi dłońmi za jego szyję i kilkakrotnie obróciła go na obie strony. Ramiona opadły jej z gwałtownej ulgi. Chciała wstać, ale kolana zbyt jej drżały. Podparła się ręką i podniosła opierając o ścianę. Nie przejmowała się już, co Malfoy o niej pomyśli, ważne było tylko to, że nic się nie stało. Uspokoiła się trochę i zrobiła na próbę kilka kroków. Odgarnęła włosy z czoła i powoli poszła w kierunku schodów, nie oglądając się już. "Idiota" - myślała z wściekłością - "Skończony idiota i ja idiotka. Głupia! Trzeba było od razu iść do Dumbledora, co we mnie wstąpiło?". Znów spadł jej na oczy mały loczek. Wyciągnęła niecierpliwie rękę, by go odsunąć, kiedy zauważyła, że jest...czerwony?! Podniosła dłonie do oczu. Po jednej z nich spływała purpurowa stróżka. "Ukłułam się?" - pomyślała zdziwiona. Ale nie, na kciuku miała odciśnięty mały, krwisty ślad, do którego przyklejony był jasny włos. Obróciła palce wierzchem do góry. Dwa z nich były całe umazane w czerwonej cieczy. Pisnęła ze strachu.
- Panna Granger? - usłyszała za sobą cichy głos - Co pani tu robi?
Obróciła się i stanęła twarzą w twarz ze Snapem.
- J-ja... - wyjąkała - Ja...tam... - pokazała bezmyślnie palcem w głąb korytarza. Nauczyciel uniósł brwi.
- Zdawało mi się, panno Granger, że na lekcjach wykazuje pani nieco więcej elokwencji.
I wtedy rozpłakała się. Szlochała spazmatycznie, trzęsła się i obcierała policzki, pozostawiając na nich krwiste ślady. Profesor spojrzał na nie zdumiony, chwycił jej ręce i zmartwiał. Oglądał je przez chwilę, choć bez problemu można było zauważyć, iż plamy nie powstały od skaleczenia. A potem złapał ją za kołnierz szaty i powlókł za sobą. Wepchnął ja do swojego gabinetu, zatrzasnął drzwi, przekręcił od zewnątrz klucz i poszedł dalej. Osunęła się na kolana, łkając. Dalej już pamiętała tylko wściekłość na twarzy Snapa, przerażenie profesor McGonagall i jakieś inne krótkie migawki zanim zapadła w sen.
Obudziła się w swoim łóżku. Podniosła się. Piekły ją oczy i nic nie pamiętała. Ktoś odsunął zasłony.
- Hermiona - Harry usiadł koło niej - Co się stało? Nikt nam nie chciał nic powiedzieć, McGonagall wpadła tu, położyła cię na łóżku i kazała pilnować.
- Była przerażona. W życiu jej takiej nie widziałem! - Ron opadł na kołdrę obok przyjaciela - O co chodziło?
- Malfoy... - szepnęła pochylając głowę. Wszystkie wspomnienia nagle do niej powróciły.
- Malfoy?! - ryknął Ron - Co on ci zrobił?!
- Nie, nie! To ja jemu... - umilkła.
Zapadła cisza. Poczym Ron znowu wybuchł:
- Co mu zrobiłaś? Rozwaliłaś nos? Rzuciłaś jakieś ekstrazaklęcie?
- Wystarczył zwykły Expeliarmus i parę uderzeń - jęknęła i rzuciła się na poduszkę.
- No! To i tak nieźle! - powiedział z uznaniem, jakby chciał rzec: "Ja bym wymyślił cos lepszego, ale ty...". Jednak Harry był o wiele poważniejszy.
- Będziesz miała kłopoty? - zapytał nieśmiało. Jak zwykle nie wiedział, co powiedzieć. I jak zwykle powiedział to, czego nie powinien...
...Tak, będzie miała kłopoty. Jeżeli Malfoy umrze...Jeśli nawet ze względu na młody wiek nie zostanie skazana na Azkaban, to z pewnością będzie wyrzucona ze szkoły. A tego nie przeżyje. Hermiona była przekonana, że może zdarzyć się wszystko, ale uczyć się musi. Do tej chwili. Kiedy myślała o tym, że być może jakiś człowiek zakończy za chwilę swoje życie zupełnie niewinnie właśnie przez nią, ogarniała ją przerażająca pustka. Co mogła zrobić? Nic. Pani Pomfrey tam na górze robiła, co mogła. Dziewczyna była tam, patrzyła przez szybę. Leżał z zamkniętymi oczami, przez jeden z jego policzków biegła krwawa smuga. I nie wiedziec czemu dopiero widok tej smugi uświadomił jej, co to znaczy "umarł". I tak gorąco pragnęła nie myśleć o sobie i swoim być może zniszczonym życiu. Dotykała czerwonego włosa, bawiła się nim. Westchnęła jeszcze parę razy. Nie powinna wychodzić z zamku. Wstała powoli i poszła do szkoły. Z początku zamierzała natychmiast położyć się do łóżka, choć wiedziała, że nie zaśnie. Ale nie udało się. Skierowała się do Skrzydła Szpitalnego. Uchyliła jedno ze skrzydeł drzwi i zajrzała do środka. Było ciemno i cicho. Czy możliwe, że...Podeszła do jego łóżka. Leżał zupełnie nieruchomo. Chyba nie oddychał. Zacisnęła kurczowo powieki, a potem zmusiła się do dotknięcia jego twarzy. Była jeszcze ciepła. Przemogła strach i pochyliła się nad nim. Usłyszała cichutki szmer. A więc jednak. Pisnęła z bólu i zdała sobie sprawę, że właśnie wyrwała ten nieszczęsny, zakrwawiony włos. Położyła go na szafce nocnej. Poczuła się tak, jakby pozostawiała za sobą swój nikczemny czyn i nie miała już żadnych problemów. Z lekkim sercem wymknęła się ze szpitalika i pobiegła do dormitorium.
.........................................................................................................
Draco obudziły pierwsze promienie wschodzącego słońca. Stwierdził ze zdumieniem, że boli go głowa i że nie ma pojęcia, jak się tu znalazł. Podniósł się z wysiłkiem do pozycji siedzącej i dotknął bandaży na czole. Ostatnie, co pamiętał, to było to, że wracał do Pokoju Wspólnego po treningu Quidditcha. Stuknęły otwierane drzwi.
- No panie Malfoy, jak pan się dzisiaj czuje? - pielęgniarka postawiła przy nim tacę z trzema buteleczkami i kubkiem.
- A co się stało? - spytał podejrzliwie. W głębi duszy miał nadzieję, że nie będzie miał żadnych nieprzyjemności, gdyż wszystko to wyglądało mu na niezbyt ciekawe zakończenie jakiejś bójki.
Kobieta spojrzała na niego zdumiona:
- Jak to, nic pan nie pamięta?
Szybko jednak drgnęła, jakby przebudzona ze snu i nalała do szklanki żółtą, lepiącą się zawartość najmniejszej buteleczki.
- Proszę to wypić. Rana szybciej się zagoi.
Być może w innej sytuacji chłopiec próbowałby się bronić, ale teraz był zbyt osłabiony. Upił łyk i skrzywił się.
- A to co jest?
- Któro? - pani Pomfrey podniosła niechętnie głowę znad pozostałych dwóch buteleczek, których zawartość mieszała.
- To.
Draco wyciągnął rękę w kierunku stolika.
- Jakieś śmieci. Zaraz wyrzucimy. A to - zmieniła temat - specjalna maść do smarowania rany. Kazał ja przysłać twój ojciec - dodała nieopatrznie.
- Mój ojciec? On wie? - zapytał żywo.
- Wie - odparła krótko.
- Był tutaj?
Zapadła cisza. Po czym kobieta odpowiedziała drżącym głosem.
- N-nie.
I natychmiast dodała nienaturalnym dla niej, ciepłym tonem:
- Ale przyjedzie, kiedy tylko będzie mógł.
- Dziś?
- Może nawet jeszcze dziś.
always-in-love
Nastrój:
tagi: